Na deser Marakesz

Ostatni dzień spędzamy w Marakeszu. Wstajemy i jedziemy autobusem do centrum. Najpierw, jeszcze bez śniadania, kierujemy się do Bahia Palace. To była rezydencja dwóch wezyrów (ojca i syna). Ma dużo bogatych zdobień, ale jest mocno podniszczona. Nie rzuciła nas na kolana, być może z powodu trwającego w wielu miejscach remontu.

Po wyjściu płyniemy z porannym tłumem przez uliczki medyny. Cały czas zaskakuje nas ruch, który się tu odbywa. Uliczki są naprawdę wąskie, między murami budynków jest czasem tylko 2 albo 3 metry, a i tak mieszczą się tu stoiska po obu stronach, idący ludzie, lawirujące między nimi skutery, często wiozące czteroosobowe rodziny, jakieś wózki z towarem. Jest głośno i ciasno. Dochodząc do czegoś co wygląda jak drzwi, nigdy nie wiadomo, czy z tych „drzwi” nie wyjedzie skuter, bo za drzwiami jest cała kolejna uliczka. Wąskie furtki kryją za sobą całe knajpki z kilkoma poziomami tarasów i tarasików, hotele albo arabskie spa. W jednej takiej knajpce zasiadamy na śniadanie.

Posileni, ruszamy dalej do dawnej szkoły koranicznej Madrasa Ben Youssef. Dziś budynek nie pełni już tej funkcji, za to zachwycił nas detalami. Zbudowany w XIV w, jest odremontowany i robi dużo większe wrażenie niż Bahia Palace.

Po wyjściu upał doskwiera nam już mocno, jest 38C. Do kolejnego miejsca mamy pół h drogi. W uliczkach medyny jakoś dajemy radę, chociaż co chwilę chce nam się pić. Po wyjściu poza mury, gdzie nie ma już tyle cienia, jest ciężko. Ponieważ mamy trochę czasu, siadamy na lody i kawę. W kawiarni jest chłodniej, ufff.

W końcu 14:20, czyli 40 min przed czasem jesteśmy przed wejściem do ogrodów Majorelle. Bilety mamy na 15, ale pan wpuszcza nas wcześniej i na dodatek wykazuje dobrą wolę i uznaje za dowód statusu studenta zalogowanie się na telefonie do portalu SWPS 🙂 Legitymacje niestety zostały w pokoju.

Majorelle Jardin to ogród botaniczny stworzony przez malarza i botanika Jaquesa Majorelle. Ogrodem zachwycił się Yves Saint Laurent, kupił go i urządził tu swoją pracownię.

Ogrody dają nam trochę wytchnienia. Potem wracamy do medyny, robiąc po drodze zakupy. Karolina znowu okazuje się twardą negocjatorką i przy sytuacji startowej przy negocjacji bransoletki: sprzedawca 120, Karolina 40, kupuje ją w końcu za 40 🙂

Na koniec idziemy na Plac Jemaa el fna, odpieramy ileś ataków nagabywaczy ze straganów z jedzeniem, aż w końcu jeden na tyle nas rozbawia, że siadamy do kolacji. Obsługa wita nas śpiewem 🙂 Żegna też 🙂

Autobusy zatłoczone, jesteśmy już ledwo żywi, więc wracamy do noclegu taksówką. Pakowanie, kąpiel i o 21:30 zasypiamy, bo czeka nas pobudka o 3:30 i cały dzień w podróży z przesiadką w Mediolanie.

Mamy wrażenie, że jesteśmy tu od miesiąca i chociaż było super, był to krótszy wyjazd niż zwykle i mniej intensywny, to chyba wszyscy cieszymy się, że wracamy. Może trochę też przez przeziębienia, w końcu się doleczymy i wyśpimy 🙂