Atlas Średni i zagłębie jabłkowe

Po wczesnym położeniu się spać i cofnięciu zegarków, po 8 h snu, budzę się o 5:40… Męczę się jeszcze próbując zasnąć, ale bezskutecznie. W końcu o 7:30 idę z Karoliną na taras dachowy zobaczyć widok dookoła. Potem Karolina zalicza poranną kąpiel w basenie. Uroczy ten nocleg. Częściowo zbudowany w popularnej w Maroku technologii – glina plus słoma. A może tylko tak wykończony?

Jemy śniadanie i ruszamy dalej na zachód. Nie mamy dziś w planach żadnych większych atrakcji, musimy przejechać przez pasmo Atlasu Średniego i dalej prawie do Midelt.

Po godzinie zatrzymujemy się nad zalewem Bin Al Ouidane, mimo zakazów kąpieli widzimy kilka kąpiących się osób. Dno jest gliniaste, więc tylko Wojtek decyduje się wejść do wody.

Jedziemy przez duże miasta jak Beni Mallal (robimy zakupy w ogromnym Carrefourze) oraz przez kompletne wioseczki i przyglądamy się życiu Marokańczyków. Widzimy dwa oblicza Maroka.

Doczytaliśmy, że za 3 dni będą tu wybory do parlamentu, co wyjaśnia mijane ciągle sznury agitujących samochodów – ubrani w koszulki danej partii często rozrzucają ulotki, coś krzyczą, trąbią.

Zatrzymujemy się też na przydrożną kawę, w bonusie widok na rozlewisko jakiejś rzeki (niesamowite, większość mijanych koryt rzecznych jest sucha jak pieprz!). Takie mobilne mini kafejki są tu bardzo popularne i kawa jest w nich naprawdę dobra. Zwykle w mini samochodziku jest duży, włoski ekspres, kawa świeżo mielona. Cena 7 drh, czyli 2,80 zł 🙂

W końcu teren wypłaszcza się, a na drogach pojawiają się obładowane ciężarówki. Wjechaliśmy do regionu znanego z uprawy jabłek.

O 17 docieramy do hotelu. Dziś znowu nocleg w riadzie. Położony mało romantycznie, bo przy drodze, ale pokoje duże i łóżka szerokie 🙂

W planach mieliśmy jeszcze zwiedzanie miasteczka Midelt (stolicy jabłek), ale mamy do niego pół h drogi i nie chce nam się już jechać. Chłopaki zajmują się każdy swoimi sprawami, a my z Karoliną zachęcone tabliczką „Lac” (jezioro) idziemy ścieżką wśród drzewek oliwkowych zgodnie ze znakami. Po 10 minutach stoimy na brzegu małego jeziorka. Karolina zauważa w wodzie żółwia mauretańskiego. Potem drugiego. I trzeciego. Stoimy na brzegu i widzimy, że nagle ze wszystkich stron płyną do nas żółwie, zupełnie jak kaczki liczące na chleb. Podpływają i wychodzą (zupełnie nie żółwim tempem!) na brzeg prosto pod nasze nogi! Są nami wyraźnie zainteresowane. W sumie jest ich 15!

W oddali słychać burzę, a z dwóch stron widać chmury z deszczem, więc szybko wracamy do riadu. Pogoda dziś zmienna, po drodze było 38C, a wieczorem przelotny deszczyk i jakieś 25.

Jemy kolację w pobliskiej restauracji, dziś w menu m.in. zupa marokańska (krem z soczewicy i marchewki, bardzo dobra), tajine z jagnięciny i tajine z wielbłąda.

Jutro zmierzamy na pustynię!