Dziś ostatni dzień, wieczorem mamy samolot do Polski.
Wstajemy niedospani, bo w pokoju gorąco i duszno. Idziemy na śniadanie, przepakowujemy walizki już pod kątem samolotu i podjeżdżamy jeszcze do centrum Rejkiawiku na jakieś zakupy i krótki spacer. Oglądamy głównie kościół, który jest drugim najwyższym budynkiem na całej wyspie – jest mocno minimalistyczny wewnątrz, organy są bardziej okazałe niż ołtarz. Na zewnątrz wygląda jakby był zbudowany z bazaltowych kolumn – taki był chyba zamysł architekta.




Buszujemy (no dobra, głównie ja 😉 ) po sklepikach i robimy ostatnie zakupy. Jakoś w ogóle nie ciekawi nas miasto, więc o 11 ruszamy na objazd półwyspu Reykjanes. Pierwsze miejsce, do którego jedziemy to obszar geotermalny Krýsuvík. Niesamowite kolory mają te gejzerki i fumarole, aż nierealne.







Kawałeczek dalej na chwilę zatrzymujemy się przy jeziorku Gígvatnsvatn, a potem jeszcze przy punkcie widokowym.


Kolejny punkt to nasze pożegnanie z obszarami geotermalnymi – Gunnuhver. Już z daleka widać jak solidnie „dymią”. Jest tu nawet zbudowana elektrownia geotermalna.



Kierujemy się na północ i na chwilę zatrzymujemy się przy Brú Milli Heimsálfa – miejscu, gdzie łączą się ze sobą dwie płyty tektoniczne – północnoamerykańska i euroazjatycka. Zbudowany jest tu symboliczny mostek, a można też stanąć między płytami 🙂


Ostatnie miejsce, które odwiedzamy to latarnia Stafnesviti – uroczo pomarańczowa.


Resztę czasu spędzamy w Keflaviku na obiedzie (w Polskich obiadkach 🙂 ), nad brzegiem morza, w kawiarni. Odbieramy też z naszego pierwszego noclegu moją opaskę sportową, którą zostawiłam tam 10 dni wcześniej. Zadzwoniliśmy wtedy z drogi i czekała na nas.
O 22 oddajemy samochód i zostajemy odwiezieni na lotnisko. Samolot mamy opóźniony, przewidywany start o 1:30 zamiast o 0:15. To i tak lepiej niż podróżujący do Krakowa, którzy mają samolot odwołany. Jestem nasycona wrażeniami i chcę już do własnego łóżka, baaaardzo nie chciałabym musieć przedłużać pobytu np o kolejne 3 dni.
Ostatecznie odlatujemy 2:30, bo okazuje się, że nasz samolot który leciał wcześniej z Warszawy musiał lądować dodatkowo w Stavanger, żeby nabrać paliwa – w Warszawie nie mógł z jakiegoś powodu zatankować do końca. Na szczęście w drodze do Warszawy lecimy już bez niespodzianek i na dodatek w ciszy, bez kibiców 😉