Wysypiamy się, jemy śniadanie i zbieramy się. Z okna widzimy klif Dyrholaey, na którym byliśmy wczoraj wieczorem i wygląda na to, że nie jest schowany w chmurach (choć ogólnie pochmurno). Kierujemy się tam z nadzieją na ostatnie spotkanie z maskonurami. I rzeczywiście, są! Też całkiem blisko, choć nic nie przebije pierwszego spotkania z nimi.










Z klifu widać też czarną plażę Reynisfjara, którą odwiedziliśmy 2 dni wcześniej korzystając z ładnej pogody oraz jeszcze inną czarną plażę.




Zjeżdżając z klifu spotykamy pozującego rycyka.


Z Dyrholaey jedziemy niecałą godzinkę i jesteśmy przy wodospadzie Seljalandsfoss. Jest bardzo popularny, więc jest sporo ludzi, idę cierpliwie w „kolejce”, żeby przejść za ścianą spadającej, huczącej wody. Jestem zabezpieczona kurtką przeciwdeszczową i jeszcze dodatkowo płaszczykiem, ale spodnie od dołu do kolan mam mokre od kropel wody, które rozwiewa wiatr.




10 minut spaceru i jesteśmy przy drugim wodospadzie – Gljúfrabúi. Ten jest wyjątkowy, bo znajduje się w półotwartej jaskini, do której wchodzi się wąską szczeliną po kamieniach ułożonych w płynącym strumieniu. Czasem trudno się minąć z osobami idącymi z naprzeciwka. Wrażenie w środku świetne.



Z wodospadów kierujemy się dalej, do krateru Kerid. Jest w nim – podobnie jak w Ljotipollur – urocze, niebieskie jeziorko.

Z Kerid jedziemy do doliny Reykjadalur, gdzie znajdują się baseny geotermalne. Dotarcie do nich wymaga jednak trochę wysiłku, marsz do basenów zajmuje nam 80 min, głównie pod górę. Do tego jest mnóstwo niedużych muszek, które wchodzą do nosa i buzi. Aaaaaaa! W końcu docieramy. Łukasz się kąpie najwyżej strumienia, gdzie woda jest najcieplejsza – na granicy wytrzymania.










Schodzimy już nieco szybciej i bez muszek, godzinka i na dole jemy islandzką zupę mięsno – kapuścianą, całkiem niezłą, a 45 minut później jesteśmy w Rejkiawiku. Meldujemy się w hotelu i idziemy jeszcze przejść się główną ulicą i zjeść kolację. Tym razem stawiamy na łososia – jest przepyszny! Wracamy do pokoju już ledwo żywi o 23.

