Miasteczko Erquy i wyspa Ile de Bréhat

Kiedy wstajemy, lekko kropi – oczywiście wbrew prognozom. Na szczęście tylko trochę i przestaje po śniadaniu. W recepcji kempingu udaje nam się wydrukować bilety na prom, dziś wybieramy się na wyspę. O 10:30, po zwinięciu namiotu, ruszamy w drogę.

Zatrzymujemy się na godzinkę w Erquy, spacerujemy plażą do portu i z powrotem.

Z Erquy mamy ok 1,5 h drogi do L’Arcouest.

Tam zostawiamy samochód i o 14 wsiadamy na nieduży statek, którym 10 minut płyniemy na Ile de Bréhat.

To nieduża, urocza wysepka, ma tylko kilkuset mieszkańców i zero samochodów. Spokojnie można obejść ją na piechotę, jest 5 szlaków pieszych. Ponieważ jesteśmy tu tylko na kilka godzin, udaje nam się przejść dwie trasy – niebieską i czerwoną. Mijamy klimatyczne, kamienne domki, zazwyczaj otoczone kolorowymi kwiatami.

Widoki na wybrzeże też ciekawe, choć niewątpliwie byłyby jeszcze ładniejsze, gdyby był przypływ. Ciągle nas zaskakuje widok leżacych na piasku jachtów i motorówek, podczas gdy linia wody jest czasem kilka kilometrów dalej, niesamowite są te duże przypływy i odpływy.

Dzieciom najbardziej z całej wyspy podoba się młody kociak, który towarzyszy nam przy jedzeniu naleśników w małej knajpce.

Na koniec trafiamy na plażę du Gerzido, skaczemy po skałach i oglądamy muszle poprzyczepiane do kamieni.

Rozdzielamy się w drodze powrotnej i ja z Karoliną ledwo zdążamy na 19 na ostatni tego dnia prom powrotny – nie przewidziałam, że poziom wody będzie jeszcze niższy niż o 14 i że trzeba będzie dojść do statku bardzo długim (w sumie ok 1 km) nabrzeżem. Udaje się na szczęście, choć chłopaki już nerwowo wypatrują nas, stojąc przy wejściu na statek z biletami.

Wracamy do samochodu i postanawiamy pojechać na najbliższy kemping – czyli mamy całe 750 m drogi. 🙂 Kemping jest malutki i dość skromny, ale nie mamy już siły szukać nic innego (15 km na piechotę robi swoje), zwłaszcza, że zazwyczaj recepcje są czynne do 20. Tu też recepcja jest zamknięta, jest jednak intercom i kartka, żeby dzwonić, co też czynimy. Miła pani wyjaśnia, że już dziś jej nie będzie, ale możemy się rozbić i jutro rano się spotkamy. Rozbijamy namiot, robimy szybką kolację i o 21 jedziemy jeszcze na pół h na pobliską plażę. To się nazywa dzień wykorzystany na maksa. 😉

Interntetu brak 🙂

One comment

  1. Miasteczko Erquy na pierwszym zdjęciu wygląda trochę jak Sopot po sezonie 😉 Mi się b. spodobały „karne” motorówki, które chyba mają każda swoje miejsce parkingowe na wodzie i muszla na skale z otwartą buzią. I ten domek z czerwonymi okiennicami na wyspie Ile de Bréhat…

Comments are closed.