Nad ranem kropi, wstajemy więc z przekonaniem, że po 11 dniach wyczerpaliśmy limit farta pogodowego. 🙂 W zasadzie zanim kończymy śniadanie to już nie pada, ale są chmury i jest smętnie. No i prognozy kiepskie – zarówno na dziś, jak i na następne dni już do końca. Aż nie chce się wychodzić ze śpiwora. Ciężko się zebrać zwłaszcza dzieciom, więc proponujemy im, że mogą zostać – poczytać sobie (ostatnio czytają namiętnie wieczorem przy latarce), pokąpać się w basenie (jest kryty) i poleniuchować. Program wyjazdu jest naprawdę napięty, mają prawo mieć dość zwiedzania. Chwila wahania, w końcu zostają, przy okazji odpoczną od naszego zrzędzenia, a my od ich marudzenia. 😉
O 11 ruszamy więc z Łukaszem – najpierw do Landevennec. Chcemy tam zobaczyć cmentarzysko statków. Najpierw jednak szukamy miejsca na kawę. Miejscowość malutka i jakaś podupadła, sporo lokali zamkniętych – albo na stałe, albo chwilowo. Jedyne miejsce na kawę to lokalny antykwariat z 3 stoliczkami i czarnym kotem. Jest klimatycznie, ale kawa taka sobie. 🙂


Po kawie usiłujemy znaleźć statki, widzimy jedno miejsce, z którego je trochę widać, ale to nie ten widok, który znaleźliśmy w internecie. W końcu po krótkiej analizie dochodzimy do wniosku, że jesteśmy w dobrym miejscu, tylko statki są przecumowane gdzie indziej, dużo gorzej je teraz widać.

Lekko rozczarowani jedziemy do Locronan. Tu miłe zaskoczenie – miasteczko jest przeurocze, oczywiście kamienne i ukwiecone, z małymi sklepikami, kawiarenkami i galeryjkami, do których zaglądam ja, Łukasz woli targ staroci. Idziemy na spacer zgodnie z trasą narysowaną na mapce, którą dostaliśmy na parkingu. Miasteczko malutkie, więc po godzinie jedziemy dalej.




















Kolejny punkt to Pointe du Raz – najbardziej na zachód wysunięty punkt Francji. W okolicy wiele miejsc ma w nazwie „koniec świata”, i faktycznie trochę tak jest. 😉 Do tej pory nie padało, teraz jednak w czasie drogi leje i jest mgła, trochę słabo jak na podziwianie widoków. Nasz fuks jednak jest aż nieprawdopodobny – kiedy parkujemy natychmiast przestaje padać, a kiedy po 20 minutach marszu dochodzimy na przylądek, nieśmiało wychodzi słońce. Miejsce ładne, ale nie zapiera tchu, myślę, że tu jest super albo jak na niebie lazur, albo w czasie sztormu. Wszystko pomiędzy to już nie to samo.




Po godzinnym spacerku siadamy na kawę i naleśnika. Szybko jemy, bo jest 17:30, a my jesteśmy 100 km od kempingu i mamy jeszcze do odwiedzenia jedno miasteczko po drodze.

Do Douarnenez docieramy po 18. Około 1,5 h chodzimy po portach, uliczkami.






Trafiamy na świetny sklep z sardynkami, puszki są ładne jakby w środku były cukierki. To w ogóle sardynkowe miasteczko, koło portu są od razu przetwórnie rybne.


Na koniec wizyty w Douarnenez robimy zakupy, spełniając życzenia słodyczowe dzieci.
W końcu, przed 21, zmęczeni wracamy na kemping. Dzieci w namiocie z książkami, dzielnie zniosły naszą nieobecność, zrobiły sobie obiad, poszalały na basenie. Jemy kolację, aktualizujemy bloga i padamy. 🙂
Mina Łukasza świadczy o tym, że kawa w antykwariacie nie była taka zła :), no chyba, że zdjęcie kryje w sobie jeszcze jakąś tajemnicę. A książki, które tam stoją to chyba cały czas nabierają wartości, bo pewnie tłumy wyposzczonych czytelników raczej tam nie walą… No, ale mini-torchette do kawki to sam bym zjadł, albo raczej maxi.
Statki…może też mieli Polsce sprzedać, tak jak śmigłowce, aleśmy w końcu nie kupili, no teraz na gilletki trzymają.
Na targu staroci widzę, że nawet resorowce mieli – pewnie właściciel w naszym wieku był…
A ze sklepu z sardynkami to sprzedawca wyszedł na powitanie :)) …pudełeczka faktycznie jakby były z cukierkami.
Dzieci grzeczne były, nie pouciekały…no to dobrze 😉
faktycznie jesteście pogodowi szczęściarze ! tak trzymać do końca 🙂