Costa Vicentina

Dziś nie wstajemy na budzik, sami budzimy się o 8. Kąpiemy się i zbieramy powoli, idziemy na spacerek do apteki (nic poważnego), a po 10 zasiadamy do śniadania.

O 11 wymeldowujemy się i ruszamy do pierwszego punktu – raptem 2 minuty drogi – przylądek Cabo Sagres. Widoki po obu stronach milutkie – czyli skały i turkusowa woda.

Z Cabo Sagres widać też nasz kolejny punkt programu czyli przylądek Cabo de São Vicente – najbardziej na południowy zachód wysunięty punkt Europy czyli sam róg Półwyspu Iberyjskiego. Po prostu koniec świata.

To tylko kilka kilometrów drogi. Przed przylądkiem kramy i budki z jedzeniem m.in. „Ostatnie kiełbaski przed Ameryką” 😉

Spacerujemy po skałach, robimy zdjęcia i jedziemy dalej.

Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy plaży Praia do Beliche i w sklepiku z ceramiką – urzekają nas jego ściany zewnętrzne 🙂

Dalej kierujemy się na północ, na punkt widokowy Torre da Aspa. Droga przez jakieś 10 km prowadzi wśród pól, pagórków, łąk, oczywiście o asfalcie nie ma mowy. Dobrze, że z nikim nie musimy się mijać bo miejscami byłoby to nieco kłopotliwe 🙂

W końcu docieramy na totalne odludzie – stoi tu tylko jakiś opuszczony dom. Widoki piękne!

Z Torre da Aspa jedziemy do Arrifany, żeby zobaczyć tamtejszą plażę wciśniętą między czarne klify. Całe to zachodnie wybrzeże jest zupełnie inne niż południowe. Tu skały są ciemne i groźne, wieje też wiatr od oceanu.

W Arrifanie zaczynamy od obiadu. Musimy chwilę poczekać na stolik, bo przy plaży jest tylko jedna knajpa. O powrocie do innych knajpek w miasteczku raczej nie myślimy – podchodzenie z plaży na górę zawsze jest lekkim wyzwaniem, zwłaszcza w słońcu. A tu większość plaż znajduje się między wysokimi klifami i trzeba do nich sporo zejść.

Po obiedzie Karolina z Kubą idą się wykąpać. Po kąpieli wdrapujemy się z powrotem do samochodu i zaczynamy wracać do Faro. Zatrzymujemy się jeszcze na plaży Praia da Falesia – położonej dla odmiany przy pomarańczowo-rudych klifach 🙂

Dzieciaki skaczą przez fale, my robimy zdjęcia.

W końcu o 19 ruszamy do Faro. O 20 mamy oddać samochód na lotnisku. Chwilę zastanawiamy się i decydujemy się jeszcze podrzucić dzieciaki z bagażami do pokoju w centrum Faro, żeby już nie tłuc się z całym majdanem autobusem. Mamy 19 minut na zatankowanie, dojazd na lotnisko i oddanie samochodu – czyli nie ma czasu na błędy, a i tak mamy marne szanse, bo np nie wiemy gdzie jest stacja benzynowa 😉 Nawigacja prowadzi nas tak samo jak wczoraj rano (kiedy wyprowadziła nas w pole), ale udaje nam się ją przechytrzyć i od razu jedziemy dobrą drogą. Wszystko układa się idealnie, stacja jest tuż przed lotniskiem. Kasia idzie tankować, ja w tym czasie wyrzucam śmiecie z samochodu. Kasia płaci, ja wrzucam w Google Maps parking Avisu, żebyśmy niepotrzebnie nie krążyły po lotnisku. Kiedy ruszamy z pełnym bakiem o 19:57, gps pokazuje nam, że będziemy na miejscu za 2 minuty. Jest dokładnie 19:59 kiedy wjeżdżamy na parking wypożyczalni. Niestety nie tej co trzeba 😉 Na szczęście nasza znajduje się tuż obok, więc dokładnie o 20 meldujemy miłemu panu, że chcemy oddać samochód. Ufff 🙂 Chwilę trwa sprawdzenie auta, więc pan wpisuje jako oficjalną godzinę oddania 18, żeby nam oszczędzić dodatkowych kosztów 🙂 To się nazywa pełna optymalizacja – samochód wykorzystany do ostatniej minuty 🙂

Czekamy na lotnisku na autobus i o 21 docieramy do naszego pokoju. Razem z dziećmi idziemy jeszcze na 1,5 h do centrum na kolację i sangrię (to już tylko dla matek ;);) ).

Stroskani wracamy do pokoju i idziemy spać, bo jutro najwcześniejsza pobudka z całego wyjazdu – o 5:30!