Z Algarve do Lizbony

Pobudka zaplanowana na nieludzką wakacyjnie godzinę 5:30. Ja, jak zwykle w takich sytuacjach, budzę się godzinę za wcześnie. Ponieważ poprzedniego wieczoru nie miałam już siły zaktualizować bloga, robię to teraz. Co będę tak bezczynnie leżeć. W końcu muszę obudzić resztę, nikt nie wykazuje entuzjazmu, co zupełnie mnie nie dziwi. Mimo krzywych spojrzeń moja ekipa wstaje karnie i 5 minut przed planowaną 6:30 jesteśmy wszyscy wykąpani, spakowani i gotowi do wyjścia. Oddajemy jeszcze klucze zaspanemu chłopakowi na recepcji i ruszamy na dworzec w Faro. Miasto jeszcze śpi, zdecydowanie później zaczyna się tu życie niż u nas.

Punktualnie o 7 odjeżdżamy – ruszamy do Lizbony. Nie jesteśmy zbyt rozmowni, raczej odsypiamy 😉

Po 10 dojeżdżamy do Dworca Oriente. Ma charakterystyczy dach i mieści się we wschodniej części Lizbony, w nowoczesnej dzielnicy Parque das Nações, która została zrewitalizowana pod koniec XX w. z okazji odbywających się w Lizbonie targów expo. Od tych okolic zaczynamy zwiedzanie. Najpierw jednak zostawiamy bagaże w skrytce na dworcu i jemy śniadanie w centrum handlowym Vasco da Gama.

Spacerek po Parque das Nações kończymy przejażdżką kolejką linową, żeby zobaczyć wszystko z góry.

Z kolejki kierujemy się do metra. Tu pierwszy raz odczuwamy, że dziś nie mamy tyle energii co zwykle. Wczesna pobudka, droga pod górkę, w mieście gorzej znosimy ciepło, chociaż nie ma słońca – w efekcie wszyscy jacyś klapnięci, bez entuzjazmu.

Metrem jedziemy do najstarszej dzielnicy Lizbony – Alfamy. Pierwszym punktem ma być punkt widokowy Miraduoro da Graça. Kiedy tam dochodzimy – moooocno pod górkę, w końcu punkty widokowe mają to do siebie, że leżą wyżej niż okolica – jesteśmy mocno zmachani. Widoki bardzo ładne, dla ochłody siadamy w cieniu przy stoliku i zamawiamy coś zimnego do picia. Bardzo nam w Portugalii smakuje wyciskany sok pomarańczowy – pyyyyyszny! W knajpach raczej nie ma innego, takiego butelkowanego, za to taki świeży można kupić na każdym kroku.

Snujemy się po wąskich uliczkach, totalnie bez sił. Mijamy kościół św. Rocha, Panteon Narodowy, klimatyczne lizbońskie tramwaje.

W końcu dochodzimy nad rzekę. Na Praça do Comércio, podobnie jak w Faro, aktywnie działa mundialowa strefa kibica.

Błąkamy się jeszcze w poszukiwaniu miejsca na obiad, w końcu zasiadamy, ale nawet apetyt nam dziś nie dopisuje za bardzo. Przypadkiem dochodzimy do ruin klasztoru karmelitów, a później – już celowo – do windy Santa Justa. Robimy zdjęcia z górnego poziomu i zjeżdżamy na dół.

O 18 jedziemy na Dworzec Oriente po bagaże, a potem do naszego lizbońskiego lokum. Odpoczywamy chwilę, później chcemy wybrać się jeszcze na sangrię, ale z braku otwartych lokali zadowalamy się sangrią kupioną w sklepie.