Ostatni wspólny poranek zaczyna się leniwie. Nikomu nie chce się wstać. 🙂 To chyba zdrowy, wakacyjny objaw 🙂
W końcu jednak żandarm Kasia okazuje się mieć najsilniej rozwinięte poczucie obowiązku i każe nam wstawać 🙂 Jemy śniadanie, pakujemy walizki i o 11 opuszczamy nasz przyjemny lokal. Idziemy razem do metra, ale po 2 przystankach w końcu musimy się pożegnać – Kasia z Kubą przesiadają się do innej linii metra, żeby dotrzeć na lotnisko.
My z Karoliną jedziemy do stacji Rossio, aby tam w skrytkach bagażowych zostawić nasze walizki. Niestety wolna jest tylko jedna i obie walizki naraz nie mieszczą się w niej. Podchodzi do nas pan z obsługi i informuje, że niedaleko jest jeszcze jeden zestaw skrytek i może nas zaprowadzić. Zabieramy jeszcze 3 Francuzki i idziemy razem na pobliski parking podziemny. Rzeczywiście, czeka tam na nas 50 szafeczek, niestety większość zajętych, a na dodatek stoi tam już spora grupka oddająca swoje bagaże. Dwie osoby z tej grupy podchodzą do naszego pana i mówią, że nie ma wolnych miejsc. Zaczynam mieć wizję targania walizek cały dzień po brukowanych chodnikach, które są bardzo ładne, ale kompletnie niepraktyczne i mało przyjazne walizkom na kółkach. Pan jednak niewzruszony odpiera atak zirytowanych dziewczyn, uprzejmie informując, że on ma parę miejsc, ale my mamy pierwszeństwo, bo nas tu przyprowadził. Czujemy się jak wybrańcy losu 😉 Wrzucamy 2 euro (mieścimy się razem w szafeczce) i jesteśmy wolne 🙂
Po wyjściu z parkingu okazuje się, że jesteśmy na Praça da Figueira. Na tym placu w weekendy odbywa się targ rękodzieła, więc tam kierujemy swoje kroki. Najbardziej kusi mnie stoisko z sangrią, ale pora nie jest odpowiednia, poza tym moje ulubione towarzystwo do sangrii właśnie dojeżdża na lizbońskie lotnisko. No trudno, nadrobimy innym razem.

Tymczasem idziemy z Karoliną połazić bez celu po uliczkach Alfamy – tego mam największy niedosyt. 2 dni, które spędziliśmy w Lizbonie w zasadzie nie robiłam zdjęć, bo nie chciałam narażać wszystkich na czekanie na mnie co chwilę, a nie chciałam też ciągle snuć się sama w ogonie. I wena mnie jakoś opuściła, nie poczułam za bardzo tego miasta, którym wszyscy się tak zachwycają. U nas tylko Kasia potrafiła docenić jego klimat, mnie Lizbona wydała się jakaś przygnębiająca. Dziś pomyślałam, że może zdjęcia pozwolą mi dostrzec to coś, czego wcześniej nie zauważyłam.


Zaczyna się dobrze, bo w drodze do Alfamy trafiamy na sklepik z pamiątkami z Portugalii – jednak nie taki zwykły, jakich są setki. To sklep z produktami zaprojektowanymi przez młodych artystów, zamysłem jest połączenie portugalskich tradycji z nowoczesnym designem. Wszystko poustawiane regionami albo tematami, czad. Sklepik jest boski i mogłabym tam kupić wszystko!! Dzięki opanowaniu Karoliny wychodzimy tylko z czterema magnesikami 🙂

Idziemy dalej. Karolina dzielnie znosi moje fotograficzne potrzeby, czeka cierpliwie razem ze mną, aż w wymyślony kadr wjedzie mi tramwaj odpowiedniego koloru (czyli żółty) itp.

Niespodziewanie docieramy do ściany pełnej kwiatów, okazuje się, że to dekoracja przy kościele Świętego Antoniego, patrona Lizbony. Właśnie kończy się jego święto, trwające już kilka tygodni 🙂 Kwiatki sztuczne, ale w tej masie całkiem urokliwe.

Chwilę później, równie niespodziewanie, dochodzimy do katedry. Całkiem nieduża, ale ma swój klimat.




Dalej idziemy kompletnie na czuja, trafiając przypadkiem dokładnie w te miejsca, które chciałam zobaczyć 🙂 Najpierw odkrywamy punkt widokowy Miraduoro de Santa Luzia. Ładne miejsce z ładnym widokiem.






Kawałek dalej – kolejny punkt widokowy Miraduoro das Portas do Sol. Podoba nam się też pobliski plac.





Stamtąd wracamy powoli w stronę Praça do Comércio, po drodze zaliczając szybki obiad.



W strefie kibica sporo ludzi, bo właśnie zaczyna się mecz Hiszpania – Rosja. Postanawiamy się dołączyć i kibicujemy Hiszpanii w pierwszej połowie. Hiszpanie zdecydowanie mają w strefie kibica liczebną przewagę, śpiewają hymn, biją brawo przy lepszych akcjach i bardzo cieszą się z pierwszego zaskakującego gola.

Rozważamy przez chwilę czy nie wybrać się promem do Cacilhas, ale ponieważ chmury zaczynają przeważać nad słońcem – rezygnujemy. Idziemy w stronę Placu Rossio, bo chociaż byliśmy tam już kilka razy, to przecież nie mam stamtąd porządnych zdjęć – tylko takie blogowe, robione telefonem.

Przecinamy Plac Rossio i idziemy dalej, po drodze mijamy ładny budynek – dworca Rossio jak się okazuje. Kolejne miejsce to Plac Restauradores.


Na jego końcu znajduje się typowa lizbońska winda-kolejka szynowa. Jedziemy w górę 🙂 Skrzypi niemiłosiernie!


Kiedy wysiadamy, intryguje nas muzyka dobiegająca z małego parku obok. Okazuje się, że to jakiś festyn, tańczą ludzie w ludowych strojach, są stoiska z jedzeniem i piciem. Na dodatek odkrywamy, że do parku przylega kolejny punkt widokowy 🙂 Dziś same niespodzianki!


W barze oglądamy jeszcze karne kończące mecz i lekko rozczarowane wynikiem ruszamy z powrotem. Jesteśmy zmęczone, więc kierujemy się już powoli po nasze walizki. Po drodze mijamy jeszcze windę Santa Justa, którą jechaliśmy 3 dni wcześniej.


Odbieramy walizki ze skrytki i autobusem dojeżdżamy do naszego nowego pokoju. Jest dopiero po 19, ale nie mamy już siły na nic. Nawet planowany wypad na małe zakupy odkładamy na jutro.
Zdecydowanie spojrzałam dziś na Lizbonę łaskawszym okiem 🙂 To chyba kwestia lepszej pogody i tego, że robiąc zdjęcia mogłam lepiej jej się przyjrzeć 🙂