Ponad 1000 km i 4 granice

Wstajemy, jemy śniadanie i z lekkim poślizgiem ruszamy o 8. Po minucie jesteśmy na Słowacji. Na granicy pusto, zatrzymuje nas słowacki policjant, pyta tylko dokąd jedziemy, kiedy mówimy, że do Grecji – macha, żeby jechać.

Przejazd przez Słowację idzie wooolno, trochę dosypiamy, trochę wprawiamy się w dobry nastrój słuchając słowackiego radia 🙂 Po 3 h 20 dojeżdżamy do granicy węgierskiej – nikt nas nie zatrzymuje, przejeżdżamy płynnie. Koło 12 robimy 10 minut postoju i jedziemy dalej.

Po pewnym czasie zaczynamy głodnieć, ale przez całe Węgry w zasadzie nie ma gdzie zatrzymać się na jedzenie. Przy stacjach benzynowych są tylko jakieś małe kafejki. Całą Słowację było to samo. Nie ma nawet żadnego fastfooda! W końcu na google maps znajdujemy jakiś lokal tuż przed węgiersko – serbską granicą. Dobrze, że ma przyzwoite opinie, bo chyba byśmy nie zaryzykowali biorąc pod uwagę sam wygląd. Restauracja głównie dla kierowców tirów, dookoła sterty opon, różnych innych dziwnych rzeczy. Nie mamy wyboru za bardzo, a chcemy zjeść jeszcze przed granicą, więc wchodzimy. Zamawiamy zupę gulaszową i schabowego z frytkami. I wszystko jest świeże i pyszne. Tylko porcje dla kierowców 🙂 Zupy 0,8 l plus 2 ogromne pajdy chleba (jedna porcja), schabowy to tak naprawdę 2 wielkie kotlety 🙂 Odjeżdżamy najedzeni po korek i od razu stajemy w korku przedgranicznym 🙂

Tracimy chyba z 1,5 h, z czego większość na króciutkim kawałku między kontrolą węgierską, a serbską. Policjanci obu krajów rzucają szybko okiem na nasze paszporty, od serbskiego dostajemy pieczątki i w końcu ruszamy dalej.

Przed wyjazdem z niepokojem obserwowaliśmy falę upałów powyżej 40 stopni i pożarów na południu Europy, w Grecji było naprawdę niewesoło. Teraz też przy okazji obiadu odczuwamy upał, jest 36 stopni. Jadąc przez Serbię kilka razy widzimy przy autostradzie palące się łąki, czujemy dym. Nowoczesne stacje benzynowe i punkty obsługi pasażera przeplatają się z opuszczonymi, zniszczonymi. Dziwny widok.

O 17 tankujemy, a przed 21 stajemy jeszcze na kilka minut rozprostowania kości. Dookoła słychać cykady 🙂
O 22.15 dojeżdżamy do granicy serbsko – macedońskiej. Kolejka nie jest bardzo długa, ale idzie wolno i 40 minut mija.

Do naszego macedońskiego noclegu w Kumanovie docieramy po 23. I już nawet nie mamy siły oglądać drugiej połowy Bonda z wczoraj 🙂
Konkurs na najmilsze państwo tranzytowe wygrała dziś Serbia 🙂