Pobudka dziś o 6:30, szybko się ogarniamy i o 7 przychodzi właścicielka lokalu po klucz, a my ruszamy dalej. Zaczynamy od śniadania na stacji benzynowej, jest dość byle jakie, ale chwilowo priorytetem jest szybkie napełnienie żołądków i dotarcie do Grecji. W Macedonii też widać ślady pożarów, nawet przy samym przejściu granicznym łąki i drzewa są całe czarne.
Do granicy macedońsko – greckiej docieramy po 9. Oczywiście musimy w korku odstać swoje, samą kontrolę przy wjeździe do Grecji przechodzimy sprawnie i udaje nam się uniknąć dodatkowych atrakcji typu testy na covid (robią losowo wybranym samochodom) czy szczegółowe sprawdzanie samochodu czy formularza plf.

W Grecji suniemy powoli jeszcze kilka godzin, bo ciągle są ograniczenia prędkości, zmienia się też czas o godzinę do przodu i w efekcie do naszej pierwszej greckiej atrakcji docieramy dopiero o 15, czyli dokładnie w momencie, kiedy jest zamykana! Jesteśmy przy Wielkim Meteorze – głównym z Meteorów – klasztorów zbudowanych na skałach. Nie zrażamy się za bardzo tym spóźnieniem, zamiast do zaplanowanego Wielkiego Meteoru wchodzimy do klasztoru Varlaam, otwartego do 16, a później jedziemy jeszcze do Klasztoru Świętej Trójcy (to ten z Bonda 🙂 ), który zamykają o 17. Chwila wspinaczki po schodach i jesteśmy. Z góry widać miasteczko Kalambaka, w którym dziś nocujemy, a pomocą mapy Google udaje nam się nawet znaleźć nasz lokal 🙂








Po wizycie w dwóch klasztorach jesteśmy już bardzo głodni, bo poza drobnymi przekąskami nic nie jedliśmy od śniadania, a zrobiła się już 17. Na jakimś blogu polecano niepozorną knajpkę na pobliskim kempingu w Kastraki, więc udajemy się właśnie tam. Niestety okazuje się, że knajpkę otwierają dopiero za godzinę, więc jedziemy najpierw się zameldować do naszej kwatery.

Sam apartament bardzo fajny, ale nasze serca kradną miejscowe kociaki – są maleńkie, może miesięczne, jeszcze przewracają się przy chodzeniu. Zwłaszcza rudy (wiadomo!) zostaje naszym ulubieńcem 🙂 Świadomi, że w Grecji jest pełno kotów przywieźliśmy ze sobą 2 kg suchej karmy 🙂 I karmimy teraz mamę maluchów, przy okazji zbiegają się inne koty, razem jest ich 5.


W końcu nadchodzi upragniona 18.30 i wracamy do kempingowej restauracji. Jest cudna, klimatyczna, stoliki rozstawione pod drzewami. Zamawiamy różne pyszności i jesteśmy zachwyceni – wszystko jest baaardzo smaczne. Proste niewyszukane dania, ale przepyszne!



Po szybkiej kolacji Karolina z Wojtkiem zostają już w pokoju, a my z Łukaszem jedziemy jeszcze na punkt widokowy na zachód słońca wśród Meteorów. Klimacik boski, ludzie siedzą na skałach, niektórzy piją winko, gadają. I patrzą na ten fantastyczny widok! Łukasz oczywiście nie może robić zdjęć jak wszyscy inni, tylko wchodzi w jakieś dziwne miejsca, przyprawiając mnie o zawroty głowy – nigdzie nie ma oczywiście żadnych barierek.









Wracamy o 21 i kończymy jeszcze oglądać Bonda 🙂 Jutro jeszcze planujemy zdjęcia o wschodzie słońca.