Piątek zaczynamy pobudką o 7, pakujemy się i o 8 wyjeżdżamy z Nafplio.



Pierwszym celem dziś jest Sparta i Muzeum Oliwy i Oliwek. W Sparcie, po 2 h jazdy, zaliczamy sklep i na parkingu przed muzeum (jesteśmy jedynym samochodem) jemy turystyczne śniadanie.
W muzeum dowiadujemy się różnych rzeczy na temat wykorzystania oliwek, łącznie z procesem tłoczenia oliwy. Idziemy też do sklepiku obok i robimy sobie pierwsze zapasy do domu 🙂



Odpuszczamy ruiny antycznej Sparty, bo podobno nie są zbyt spektakularne, a jesteśmy już dosyć nasyceni tego typu atrakcjami 😉 Ruszamy dalej na Półwysep Lakoński, czyli wschodni z trzech półwyspów na południu Peloponezu, a konkretnie do Monemvasii, to taki grecki Gibraltar 🙂 Skała – wyspa, o wysokości 300 m, połączona z lądem groblą na szerokość drogi. Bardzo malownicza, uliczki wąskie, pełno sklepików, kafejek i oczywiście kotów.





















Siadamy na kawę i zimne picie, to drugi raz, kiedy wybieramy miejsce w środku, a nie na zewnątrz i za obydwoma razami skanują nam paszporty covidowe. A przed wyjazdem wszędzie czytałam, że nikt tego nie przestrzega. W ogóle ludzie są tu pandemicznie bardziej zdyscyplinowani niż u nas, co mnie zaskakuje, bo wydawało mi się, że Grecy to raczej dość beztroski naród. A tu w sklepach wszyscy grzecznie w maseczkach, prawidłowo założonych.
Po krótkim eksplorowaniu cudnej Monemvasii jedziemy 1,5 h na południe, drogami na końcu świata, wąskie serpentyny o wątpliwej jakości asfalcie robią niezłe wrażenie. I te widoki z góry! W połowie spotykamy kozy leżące na drodze 🙂





W końcu po 15 dojeżdżamy do promu na wyspę Elafonisos. Jest lekka kolejka, na prom o 15:30 się nie załapujemy, wjeżdżamy dopiero o 16. Po 13 minutach jesteśmy na wyspie, po kolejnych 7 dojeżdżamy na rajską Simos Beach.







Z pełnym ekwipunkiem rozkładamy się i idziemy do wody. Jest cieplutka, turkusowa, na dnie biały piasek 🙂






Prawie 2 h mijają nie wiadomo kiedy – szkoda, że nie możemy tu zostać na 2 dni, ale przed nami jeszcze mnóstwo innych atrakcji 🙂
O 19 wjeżdżamy na prom powrotny i chwilę po 22 dojeżdżamy do Kalamaty, bardzo już głodni. Głód tu dopada nas dopiero wieczorem, w ciągu dnia w upale nie chce się jeść, więc wpisujemy się doskonale w śródziemnomorskie zwyczaje. Dziś do kolacji zasiadamy przed 23, po zameldowaniu się w naszym mieszkanku 🙂 Zupełnie przypadkiem trafiamy do włoskiej knajpy (była najbliżej, nie byliśmy wybredni o tej porze, za to bardzo już zmęczeni) z przepyszną pizzą. Idziemy spać dobrze po północy sprawdzając czy na pewno mamy wyłączone budziki 🙂