Wczoraj, zmęczeni ostatnimi intensywnymi dniami, decydujemy, że sobotę robimy luźniejszą. W efekcie my z Łukaszem budzimy się o 9, powoli zaczynamy dzień, o 10 idziemy do sklepu i na kawę. Kiedy wracamy o 11 Karolina z Wojtkiem już nie śpią, więc na tarasie jemy śniadanie. Mieszkanie mamy boskie – 2 sypialnie, salon z kuchnią, 2 łazienki, 2 balkony i przede wszystkim duży, zacieniony markizami taras.

Ogarniam bloga, pranie i debatujemy co robić z tak leniwie rozpoczętym dniem. Ostatecznie, uwzględniając różne preferencje, potrzeby i kompromisy ja, Łukasz i Karolina decydujemy się na popołudniową wycieczkę na najbardziej zachodni półwysep południowego Peloponezu, a Wojtek zostaje pochillować w domu.
Wyjeżdżamy przed 14 i po godzinie docieramy do Koroni – małego, sennego miasteczka, bardzo urokliwego. Siadamy nad morzem w knajpce, robimy trochę zdjęć w różnych ładnych zaułkach.





















Kiedy wyjeżdżamy z Koroni widzimy ślady pożarów. Przygnębiający widok.


Kierujemy się na Voidokilia Beach, półokrągłą plażę w zatoce. Jest podobna do wczorajszej plaży na Elafonisos, woda turkusowa i niewiarygodnie ciepła. Testujemy nasze nowe maski do snurkowania, ja niezmiennie jestem w euforii, że moja maska ma wkładki dla krótkowidzów i doskonale widzę wszystko pod wodą.





W końcu zbieramy się i o 19:30 jesteśmy z powrotem w Kalamacie. Zgarniamy Wojtka i idziemy do centrum miasteczka na kolację. Najedzeni wracamy do mieszkania i rodzinnie oglądamy film.