Półwysep Mani czyli pierwsze marzenie spełnione w 200%

W niedzielę wstajemy, jemy szybkie śniadanie i o 8:30 ruszamy na podbój Półwyspu Mani – środkowego „palca” Peloponezu. Pierwszy cel to Jaskinie Diros. Mamy bilety kupione przez internet na godz. 11. Droga bardzo ładna, co jakiś czas mijamy śliczne skaliste zatoczki z plażami, często widzimy je z góry, bo oczywiście jedziemy serpentynami. Po drodze spotykamy owce.

Dojeżdżamy przed czasem i nawet od razu wchodzimy. Wybieramy krótszą trasę, bo mamy jeszcze inne miejsca w planach. Jaskinie są bardzo fajne, pierwszą połowę pokonuje się łódką. Jesteśmy tylko my i jeszcze jakaś grecka para, więc łódka nie jest pełna i całe szczęście, bo i tak jest tak zanurzona, że brzeg jest jakieś 15 cm nad taflą wody. I chwiejemy się na boki przy każdym ruchu naszego wiosłującego jednym wiosłem przewodnika. Utopić się nie utopimy, w końcu wszyscy umiemy pływać, ale szkoda byłoby telefonów, aparatu i dokumentów 🙂 Kilka razy wpływamy w ścianę jaskini, napisy, żeby nie dotykać ścian rękami brzmią przy tym dość ironicznie. Ostatecznie bezpiecznie docieramy do połowy trasy, trochę szkoda, że dalej już normalnie idziemy. Za to poruszamy się już sami, bez przewodnika, więc możemy sobie iść własnym tempem i robić zdjęcia.

Z jaskiń jedziemy do pobliskiego Limeni – malutkiej wioski położonej na skalistym brzegu. Kilka knajpek położonych jest tuż nad wodą, a obok tablice „SEA TURTLES” – to dlatego tu przyjechaliśmy. Czytałam wcześniej, że można tu zobaczyć żółwie siedząc w greckiej tavernie. Sporo ludzi się kąpie – jest zejście do wody ze skał i betonowej platformy. My też wchodzimy do wody i oglądamy rybki.

Żółwi jednak nie ma, idziemy do samochodu lekko rozczarowani. Nagle Karolina wypatruje z brzegu pływającego w oddali żółwia, więc trochę nas to pociesza. Karolina idzie na taras jednego z barów, stamtąd widać drugiego żółwia dużo bliżej, szybko jednak niknie nam z oczu, ale jest szansa, że będzie go widać z innego lokalu. Karolina pakuje się do restauracji, za nią my – ja wciąż w stroju kąpielowym 😉 ale co tam 😉 Na betonowych schodkach schodzących z tarasu restauracji do wody siedzi pracownik i obrabia kałamarnice, rzucając resztki do morza. Obok kłębi się stado ryb, a wśród nich pływa sobie metrowy żółw – Kristof – jak się dowiadujemy 🙂 Co jakiś czas podpływa po smaczny kąsek, wychyla głowę tuż przy schodku! Jest po prostu na wyciągnięcie ręki, Karolina, gdyby się schyliła, mogłaby go poklepać po łebku 🙂 Nie chcemy go jednak stresować i płoszyć, jesteśmy i tak podekscytowani na maxa. W najśmielszych snach nie przewidywałam, że zobaczę takiego wielkiego żółwia z pół metra odległości 🙂 Robimy oczywiście zdjęcia, nagrywamy filmiki i w końcu z żalem zostawiamy go i idziemy do samochodu.

Następny punkt to miasteczko Areopoli – bardzo ładne, kamienne. Po drodze zahaczamy o sklepik z ceramiką.

W Areopoli siadamy na lunch i picie, spacerujemy po wąskich uliczkach.

Na koniec jedziemy jeszcze na samo południe Półwyspu Mani zobaczyć Vathi – niemal całkowicie wyludnione miasteczko z kamiennymi wieżami. Kilka domów jest zamieszkałych i myślę sobie, że mieszkanie w takim prawie wymarłym miejscu musi być przygnębiające.

Wracamy do Kalamaty o 19 i idziemy na kolację. Wieczorem – druga część filmu 🙂