Poniedziałek to nasz ostatni dzień na Peloponezie. Wstajemy, pakujemy rzeczy i wymeldowujemy się z naszego apartamentu. O 9 ruszamy w drogę do wodospadów Neda.

Ostatnie 10 kilometrów robi niezłe wrażenie, choć naprawdę jesteśmy zaprawieni w serpentynach i wąskich uliczkach. Tu mamy jednak combo – jest wąsko na 1 samochód, serpentyny, mijanki tylko na zakrętach, stromo i do tego podłoże piaskowo – szutrowe. Zdjęcie zupełnie nie oddaje sytuacji.

Mamy wizję, że już tam zostaniemy na zawsze i dostajemy ataku śmiechu, kiedy w końcu dojeżdżamy na parking (szumnie powiedziane 😉 ) i widzimy jak przy jednym z samochodów siedzi sobie na turystycznym krzesełku pan, a żona obcina mu włosy 😉 Jakby już zarósł odkąd tu przyjechał 🙂 Oprócz nich kilka innych samochodów i 2 toitoie, które doprawdy nie mam pojęcia jak tam przywieziono 🙂
Z „parkingu” ruszamy przez most ścieżką prowadzącą do wodospadów.


Pierwsze co spotykamy to obozowisko namiotów i ludzi typu dzieci – kwiaty. Co roku spędzamy w namiocie bez prądu i wody 2 tygodnie nad jeziorem, ale warunki panujące tu są naprawdę spartańskie, choć niewątpliwie można tu zażyć oderwania się od cywilizacji 🙂 Zaraz za mostem przeżywamy kolejne zaskoczenie, bo widzimy na tym kompletnym odludziu samochodowy sklepik – bar.


Dalej idziemy jeszcze 20 minut wąską ścieżką na zboczu góry, trzeba naprawdę uważać bo zrobione kiedyś namiastki zabezpieczeń nie bardzo pełnią już swoją funkcję 🙂






W końcu dochodzimy do pierwszego, mniejszego wodospadu – jest cuudny 🙂



Po chwili zachwytów idziemy dalej jeszcze kawałeczek w górę i dochodzimy do drugiego wodospadu i widzimy niezły obrazek – na kamieniu, zwrócony twarzą do wodospadu siedzi nagi facet z długimi włosami i medytuje 🙂 Świetnie się komponuje z tym sielskim otoczeniem i aż szkoda, że spłoszony nami zakłada spodenki 🙂 Spędzamy tam miłe pół godzinki, Karolina z Wojtkiem zanurzają się w tej lodowatej wodzie.










W końcu przychodzi kilka rodzinek, więc zwijamy się i wracamy. Wbrew obawom Łukasza, jednak nasz s-maxik daje radę i dzielnie wspina się pod górę z powrotem przez te zabójcze serpentyny. Kawałek przejeżdżamy przez wioskę, uliczki wąziuteńkie, w pewnym momencie na skrzyżowaniu 3 uliczek spotykają się 3 samochody (w tym my) i następuje mały pat. Przy skrzyżowaniu koncentruje się chyba życie wioski, bo w kawiarence siedzi kilka osób, kilka stoi obok i rozmawia (obok czyli na naszym skrzyżowaniu), do tego jeden z pozostałych samochodów, mały dostawczak, parkuje na samym środku skrzyżowania. Lokalesi są zaangażowani w przeprowadzenie nas dalej, po chwili manewrów udaje się w końcu przejechać dalej 🙂 Niektóre drogi nie wyglądają na zbyt uczęszczane, bo spory pas asfaltu zarastają rośliny 🙂 Co za podróż 🙂


Spokojnie dojeżdżamy do antycznej Olimpii, oglądamy pierwszy stadion olimpijski, ruiny ołtarza Hery, skąd na każde igrzyska olimpijskie wędruje znicz olimpijski. Potem siadamy w kafejce na mrożoną kawę i grecką colę oraz na dokarmienie lokalnych kotów 😉









Po chwili odpoczynku jedziemy godzinkę do Kyllini, skąd o 17:15 odpływamy promem na Zakyntos.


Podróż nie jest długa, po niecałej 1,5 h jesteśmy na miejscu. Chwila w korku i ruszamy na punkt widokowy Keri na zachód słońca. Widoki rzeczywiście piękne, nie tylko na zachód, ale przede wszystkim na skałę na dole.










O 20:30 ruszamy w końcu do Kalamaki, czyli naszej noclegowej miejscowości. Kalamaki okazuje się być mega skomercjalizowanym, rozrywkowym miasteczkiem typu Łeba w szczycie sezonu. Mieszkamy przy głównej ulicy, w samym centrum, neony dookoła we wszystkich możliwych kolorach, życie kwitnie – totalnie inny klimat niż na Peloponezie. Meldujemy się w hotelu i siadamy coś zjeść. Jemy, pijemy po drinku i zamiast o 22:30 zakończyć dzień – idziemy jeszcze na plażę z nadzieją na spotkanie z młodymi żółwikami, które właśnie na okolicznych plażach gniazdują. Niestety, jest już zupełnie ciemno i w końcu o 23:30 wracamy do domu. Dobrze, że internet marnie działa, mogę z czystym sumieniem odpuścić pisanie bloga, bo i tak nic się nie załaduje 🙂