W środę odsypiamy i wstajemy dopiero o 8:30. Był przez chwilę pomysł, żeby dziś o 7 znów zrobić podejście na żółwie, ale kiedy budzę się na chwilę po 6 – wyłączam budzik. Rano Karolina pogania nas, bo to jej ostatni dzień – o 19 ma samolot do Warszawy, bo musi wrócić na warsztaty, które są częścią rekrutacji do pracy.
W końcu się zbieramy i jedziemy do Zante, kupić bilety na jutro na prom. Udaje się, prosto z Zante jedziemy do Gerakas na plażę. Na chwilę wchodzimy do Turtle Rescue Center, ale żaden żółw nie wymaga akurat pomocy, więc idziemy na plażę.




To podobnie jak w naszym Kalamaki też jest plaża, na której wykluwają się żółwie, część z gniazdami jest oddzielona liną. Woda płytka bardzo długo i cieplutka, piaseczek bez totalnie żadnych zakłóceń – bez muszelek, bez roślin, bez kamyków. Za to nudno do nurkowania.





Jakiś czas plażujemy, potem jedziemy do Agios Sostis, zobaczyć Cameo Island czyli wyspę miłości 🙂 Snurkujemy, chillujemy i o 15 zbieramy się do pokoju, żeby Karolina zdążyła się ogarnąć przed lotem. Jemy wyjątkowo w połowie dnia.









O 16:30 Wojtek zostaje w pokoju, a my jedziemy odwieźć Karolinę na lotnisko i ruszamy na wieczorne tournee po Zakyntos we dwoje. Najpierw jedziemy zobaczyć siarkową Xigia Beach.


Nie schodzimy na dół, bo nie chcemy się kąpać, robimy tylko zdjęcia, jemy lody i jedziemy dalej, do Volimos. W Volimos oglądamy fotogeniczny, niebieski kościółek, jest nieczynny, ale furtka jest otwarta, więc można wejść na teren.





Siadamy też na kawę w lokalnej kafejce, bardzo innej klimatem od tych w miejscowościach turystycznych. Ceny też inne – za 2 frappe i wodę płacimy 2,5 euro 🙂

Z Volimos podejmujemy drugą próbę dotarcia na punkt widokowy Navagio Beach. Wg Google Maps na drodze dojazdowej nie ma korka (poprzedniego dnia był, bo wszyscy zawracali), więc mamy cichą nadzieję, że to oznacza, że faktycznie wieczorem (jest chwilę po 19) można wjechać. Mijamy to miejsce, w którym poprzednio była blokada, moje podekscytowanie rośnie 🙂 Kawałek dalej drogę zasłania częściowo stojąca w poprzek cysterna.

Mina mi rzednie, ale na krzesełku na poboczu siedzi jakiś pan i gestem zachęca nas do ominięcia cysterny i wjazdu. Dopytuję więc, nie dowierzając własnemu szczęściu, czy droga jest otwarta, pan twierdzi, że tak, więc jedziemy!! Po kilkuset metrach docieramy do parkingu i idziemy na punkt widokowy. Okazuje się, że to malutka platforma, z końca której widać plażę wraku. Kawałek dalej widzimy klif, z którego ludzie robią zdjęcia. Sam klif robi wrażenie, a kiedy do niego dochodzimy widok na Navagio Beach i jedną bliższą malutką plażę jest zachwycający! Ale się cieszę, że się udało!!! Schodzę w euforii i mogę już wracać 🙂








Do domu mamy godzinkę, dojeżdżamy o 21 i idziemy jeszcze na zakupy i kolację. Potem pakowanie, post na blogu i kładziemy się o 1.
