Płyniemy na Kefalonię!

Czwartek rano to ostatnia szansa na zobaczenie zakyntosowych żółwiątek caretta caretta. Wstajemy z Łukaszem zmotywowani tym faktem (choć niewyspani) o 6:30 i o 7 jesteśmy na plaży. Dość szybko trafiamy na błąkającego się po plaży malucha. Biedny żółwik kompletnie stracił orientację i kręci się w różnych kierunkach, wolontariusze mówią, że od godziny. Co jakiś czas zamiast maszerować wykonuje ruchy pływania – jest zupełnie zgłuptaczony. Nie można mu pomóc, musi sam dotrzeć do morza, jeśli go przeniesiemy do wody – utonie. A tak korci, żeby pomóc biedakowi. Wolontariusze usypują tylko górki, żeby zniechęcić go do wędrówki w niepożądanym kierunku, a w stronę morza wygładzają mu drogę 🙂 To jedyne, co można dla niego zrobić. Jeśli sobie nie poradzi jeszcze przez 10 minut, wolontariusze zaniosą go (biorąc go razem z piaskiem, żeby go nie dotknąć) z powrotem do gniazda, żeby tam pod piaskiem odpoczął od wędrówki, a nie padł na słońcu. A potem zacznie swoją wędrówkę od początku 🙂

Razem z grupką innych ludzi bardzo mu kibicujemy. W końcu udaje mu się dotrzeć do wody. Kilka razy fala wyrzuca go z powrotem na brzeg, dodatkowo wyrzucając go na plecy, ale kolejna zabiera go z powrotem i żółwik zaczyna swoje morskie życie. Jest 1 promil szans, że dożyje dorosłości… Statystyki są okropne.

Szybko wracamy do pokoju, pakujemy się i o 8 opuszczamy Kalamaki. Niecała godzinka i jesteśmy w znanym nam już porcie Agios Nikolaos. Na nabrzeżu stoi biały zdezelowany lekko busik, który okazuje się być biurem i kasą biletową 🙂 Trochę się boję tego promu, który ma po nas przypłynąć i zabrać nas na Kefalonię 😉 Nie jest jednak tak źle, prom jest całkiem ok, w drodze na Kefalonię jemy śniadanie i pijemy kawę, o 11.15 dobijamy do Pessady.

Zwiedzanie Kefalonii zaczynamy od stolicy wyspy, czyli Argostoli. Trochę dlatego, że to stolica, a trochę dlatego, że z promenady albo w porcie można podobno zobaczyć żółwia. Idziemy więc wzdłuż brzegu, miłym bulwarem i… jest! Wojtek wypatruje tuż przy betonowym nabrzeżu którym idziemy wielkiego żółwia! Płynie chwilę razem z nami i odpływa 🙂 W ciągu kolejnych 20 minut spotykamy jeszcze jednego, potem 3 razem, na końcu jeszcze parkę. 7 żółwi!! Wszystkie takie duże jak Kristof w Limeni 😉

Wracamy do samochodu idąc w głębi miasteczka, ja zaglądam do sklepików, chłopaki tylko przewracają oczami 😉 Z Karoliną było mi raźniej 🙂

Z Argostoli ruszamy na wschód wyspy. Kefalonia jest duuużo mniej skomercjalizowana i turystyczna niż Zakyntos, tu jest mniej więcej jak na Peloponezie. Zakyntos jako wyspa piękne, ale wszystko pod turystów. Na Kefalonii znów jesteśmy w typowej, zwykłej Grecji.

Jedziemy do Melissani Lake – małego jeziorka w pół-otwartej jaskini. Chwilę pływamy po nim łódką, robimy zdjęcia.

Z jaskini Melissani jedziemy jeszcze kawałek, żeby zobaczyć plażę Antisamos i zdecydować czy mamy ochotę na kąpiel. Jesteśmy już trochę rozpieszczeni przez greckie widoczki i ta plaża nie robi na nas jakiegoś ogromnego wrażenia, więc rezygnujemy. Ruszamy w górę na szczyt Ainos – najwyższy na Kefalonii, ponad 1600 m.n.p.m. Podobno widoki z góry są niesamowite. Po drodze rzeczywiście całkiem niezłe. Do tego oczywiście kozy, które na tej wyspie żyją na dziko i lubią wychodzić na drogę. Na szczyt prawie do końca wjeżdża się asfaltową drogą, całkiem elegancką jak na górskie, greckie standardy.

Parkujemy i idziemy jeszcze kawałek szutrową drogą, niestety jesteśmy już w chmurach i widoków brak. Za to jest 20 stopni, co jest miłą odmianą po 32-36, jakich ostatnio nieustannie doświadczamy. Okazuje się, że końcówka wiedzie nie drogą, tylko po skałach, więc zważywszy na zerową widoczność, rezygnuję z podchodzenia. Chłopaki początkowo wchodzą, ale po chwili też zawracają, bo i tak nic nie widać.

Z Ainos ruszamy o 17 już baaardzo głodni, więc po drodze do Zoli, w której dziś nocujemy, zatrzymujemy się w jakiejś bardzo lokalnej tawernie i jemy obiadokolację.

Do Zoli dojeżdżamy o 19 i w naszym lokalu czeka na nas miła niespodzianka – 3 rodzaje słodkości zrobionych przez gospodynię, bardzo smaczne 🙂 Dookoła rosną baaardzo stare oliwkowe drzewa, figi, granaty. Otaczają nas góry. Zbierają się chmury i wg prognozy od północy do jutra do 14 ma być deszcz i burza. Może i dobrze, w końcu byśmy musieli odpocząć 😉 Pół godziny w pokoju i już mnie nosi, więc jedziemy jeszcze z Łukaszem 5 minut krętą, stromą uliczką na Vouti Beach. Siadamy na chwilę w plażowym barze i wracamy do pokoju. O 20.30!!! Nie o 23-24, jak to zwykle ostatnio bywało 😉