Zaczęło się na bogato, czyli lot mieliśmy z przygodami. Na lotnisku spotkaliśmy znajomych, lecieliśmy tym samym samolotem. 🙂
Wystartowaliśmy nawet o czasie, ale już w autobusie lotniskowym mocna ekipa kibiców (trudno powiedzieć ilu ich było, ze 30 osób) śpiewała donośnie swoje przyśpiewki. Przy wsiadaniu obwieścili załodze, że czeka ich ciekawy lot.
Robili dużo szumu, bo byli rozrzuceni po całym samolocie (również w rzędzie za nami) i odwiedzali się nawzajem, chodzili ciągle do toalety (oczywiście po alkoholu) itd.
Po godzinie jeden z pasażerów, spoza grupy kibiców, zaczął się dziwnie zachowywać, myślał, że już wysiadamy, ogólnie był dość zdezorientowany itd. Raczej nie była to kwestia alkoholu. Obsługa, już i tak zmęczona sytuacją, przesadziła go z końca bliżej początku, parę rzędów za nami. Pan wzbudził swoim zachowaniem wkurzenie (delikatnie mówiąc) paru kibiców, bo gadał jakieś bzdury, pokazywał porno zdjęcia i nie wiem co tam jeszcze. Zaczęła się afera, obsługa próbowała ich uspokoić, jedna stewardesa już totalnie straciła panowanie nad sobą i darła się dość piskliwym głosem, więc niestety nie miała posłuchu. Ludzie już też pokrzykiwali wystraszeni, dziewczynka obok nas płakała. Straszenie policją oczekującą w Rejkiawiku nic nie dawało. W końcu kapitan ogłosił, że jeszcze chwila i przekierują nas do Kopenhagi, żeby wysadzić zadymiarzy. Poskutkowało, kibice uspokoili jedni drugich, pana Niepewnego przesadzono na sam początek, gdzie kibice nie mieli miejsc, zapowiedziano turbulencje i kazano zapiąć pasy (hehe). Zapanował spokój. Na jakiś czas. Kibice zajęli się piciem, w efekcie czego godzinę przed lądowaniem kapitan powiedział, że ostatni raz żąda spokoju, bo inaczej po wylądowaniu na pokład wejdzie policja. Kibice nie zbastowali, nie chcieli usiąść do lądowania, wyzywali personel, więc rzeczywiście zanim ktokolwiek wysiadł, to na pokład weszło z 10 uzbrojonych policjantów. Nie wiedzieliśmy co było dalej, bo wszyscy siedzący od początku do naszego rzędu włącznie mogli wysiąść. Przy odbiorze bagażu spotkaliśmy znajomych, którzy byli do końca przedstawienia. Okazało się, że niestety kibole zostali puszczeni wolno, tylko pan Niepewny stał rozmawiając z policją i płakał (?). Szczerze mówiąc mieliśmy nadzieję, że ich przymkną na 24 h, żeby przegapili mecz na który przylecieli. Samolot podobno w stanie opłakanym. A na lotnisku stała już kolejka wsiadających, żeby wracać do Warszawy. Odleciał trochę opóźniony.
Straaasznie długo trwał ten lot… Różne rzeczy już przeżyłam latając: turbulencje, lądowanie w burzy, albo w takim wietrze, że za pierwszym razem samolot tak bujał się na boki, że pilot zrezygnował i wylądował dopiero za drugim podejściem, a nawet przytarcie ogonem przy starcie. I nic nie dostarczyło takich emocji jak kibice ze Szczecina…
Z ciekawostek – startowaliśmy po zachodzie słońca, kiedy u nas było już ciemno i w czasie lotu robiło się coraz wcześniej 🙂 Widoki nieziemskie 🙂 Wylądowaliśmy przed zachodem słońca, jakby czas się cofnął 🙂
Sprawnie odebraliśmy samochód z wypożyczalni i przed 1 czasu lokalnego (czyli przed 3 czasu polskiego) dojechaliśmy do pensjonatu. Obok bar z szyldem „Polskie obiadki”. Przed wejściem czekał jeszcze jeden gość. Czekał na resztę swojej ekipy, żeby się zameldować w pensjonacie. Zgadnijcie na kogo? Tak! Dzieliliśmy z nimi piętro… Nie wiem do której się jeszcze tłuki, bo zasnęłam w słuchawkach wyciszających. Z nami mieszkała ich tylko garstka, ten czekający powiedział (całkiem trzeźwy), że przylecieli na jutrzejszy mecz, jest ich w sumie 150 (uff, dobrze, że nie lecieli wszyscy jednym samolotem) i jutro większość wraca czarterem. Co za ulga! Współczuję tylko załodze tego czarteru – setka kibiców tuż po meczu…