Półwysep Snaefellsnes

Budzę się o 5:30, zupełnie nie wiadomo po co. Chyba zegar biologiczny się odzywa, w Polsce jest 7:30. Po 4 godzinach snu jestem nieprzytomna. Uzupełniam blogowy wpis o wczorajszym locie, budzi się Łukasz, ogarniamy się i schodzimy na dół na śniadanie. Jemy tosty, pakujemy się, na stacji benzynowej kupujemy kartusz z gazem do naszej mini kucheneczki, w Kronanie robimy zakupy i ruszamy na naszą wyprawę :).
W planach mamy Półwysep Snaefellsnes. Słoneczko przebija się przez chmury, nie wieje (!!!), pogodowo całkiem miło, choć oczywiście jak ruszamy to jest 8-10 stopni. Nasz pierwszy cel to plaża Ytri Tunga, na której jest szansa zobaczyć foki. Mamy do niej 2,5 h jazdy, po drodze podziwiamy widoki.

Wszędzie są owce – plączą się po całej Islandii, co chwilę jakieś mijamy. Stoją na drodze, śpią na poboczu. Niektóre są na terenach ogrodzonych, inne zupełnie luzem. Pogoda zmienna, co chwilę przelatuje lekki, krótki deszczyk, chwilę świeci słońce i znowu pada. Oczywiście im bliżej celu jesteśmy, tym bardziej się wypogadza, wiadomo 😉 Kiedy parkujemy przy plaży świeci piękne słońce i jest 11 stopni.
Tuż przy parkingu leży kręgosłup wieloryba. Rozmiar robi wrażenie. Akurat jest odpływ, więc foki są dosyć daleko, leżą na skałach i wygrzewają się, oglądamy je przez teleobiektywy. Żeby podejść troszkę bliżej trzeba poskakać po kamieniach, taka dodatkowa atrakcja.

Z Ytri Tunga jedziemy dalej. Teraz już kolejne punkty mamy co 5-20 minut. Po drodze zatrzymujemy się w Búðir (między fokami a kościółkiem krótki deszczyk), gdzie jest tylko hotel i klimatyczny malutki, czarny kościół Búðakirkja.

Po 15 minutach dojeżdżamy do Kanionu Rauðfeldsgjá. To bardzo wąska szczelina między skałami, pomiędzy którymi płynie strumień. Miejscami można dotknąć jednocześnie obu zielonych od mchu ścian wąwozu. Niestety nie da się wejść za daleko, bo strumień płynie całkiem wartko. Odważni wchodzą dalej, ale wychodzą dość mokrzy. Łukasz wchodzi kawałek, robię mu zdjęcie i wracamy do samochodu.

Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się w Arnarstapi. Tu już jest całkiem turystycznie. Sporo samochodów, kawiarnie (pijemy kawkę). Idziemy na punkt widokowy przy klifach, na których gnieżdżą się ptaki. Dalej spacer wybrzeżem do Stone Bridge, po drodze różne formacje skalne m.in. Gatklettur (Dziurawa Skała). Przy Stone Bridge robimy zdjęcia ptakom na gniazdach – to chyba mewy siwe.

Wracamy do samochodu, Łukasz przepakowuje coś przy samochodzie, a ja obok robię zdjęcia rybitwom popielatym – fascynuje mnie jakie są lekkie, zwinne, szybkie. Podchodzę za blisko, co kończy się próbą ataku na mnie! Jeszcze nigdy nie pikowała na mnie rybitwa. 🙂 Szybciutko się oddalam. 🙂

Z Arnarstapi jedziemy na Klify Londrangar. Jesteśmy na terenie Parku Narodowego Snæfellsjökull. Nad okolicą króluje góra pokryta lodowcem. Dookoła nas pola lawy, obrośnięte zielonkawym mchem.

Na Londrangar z morza wystają dwie duże skały, na klifie mnóstwo ptaków, robimy zdjęcia matkom z pisklakami i podlotami. W tłumie kłębią się nurzyki.

Jedziemy jeszcze kawałeczek dalej, do Malarrif, żeby zobaczyć skały w lepszym świetle i obejrzeć latarnię morską. Do zdjęć wdzięcznie pozuje nam krwawodziób, ewidentnie ma chłopak parcie na szkło 😉

Z Malarrif udajemy się na plażę Djúpalónssandur. Do pokrytej czarnym, wulkanicznym piaskiem plaży dochodzi się ścieżką wśród skał, które są częścią pól lawowych. Obok plaży są jeszcze dwa urocze jeziorka. Sama plaża jest dość szeroka, a na niej rozrzucone są zardzewiałe szczątki rozbitego w 1948 r. statku. Fale są całkiem spore, huczą donośnie. Do tej pory cały czas mamy ładną pogodę, tak nas milutko Islandia wita.

Z plaży Djúpalónssandur jedziemy na drugą plażę – Skarðsvík. Tu dla odmiany piasek jest złotawy, choć jest już wczesny wieczór i chwilowo chmury, więc nie robi oszałamiającego wrażenia. Ciekawsze są obłe, spore kamienie. Robimy kilka zdjęć i kierujemy się do miejscowości Grundarfjördur.

Po drodze, w jednej z miejscowości lata mnóstwo rybitw popielatych, opanowały cały parking, zwyczajnie rozsiadły się na asfalcie. Zatrzymujemy się na chwilę i robimy zdjęcia.

Zaczyna mżyć i w takiej mżawce dojeżdżamy do ostatniego punktu w dzisiejszym planie – znanej z pocztówek góry Kirkjufell. Chwilę czekamy w samochodzie aż przestanie padać i idziemy do pobliskiego wodospadu, żeby zrobić zdjęcie. Do szczęścia brakuje tylko niebieskiego nieba, ale nie narzekamy, i tak nas Islandia rozpieściła pogodowo pierwszego dnia.

Jesteśmy już zmęczeni i głodni, więc kierujemy się do Grundarfjördur, gdzie w małej, lokalnej restauracji czeka na nas zarezerwowany wcześniej mailowo stolik. Sama miejscowość nie jest szczególnie ciekawa, ale jedzenie w restauracji – o matko! Obsługuje nas młoda Polka, więc wyjaśnia nam dokładnie co mamy w menu. Menu nie jest obszerne, za to ręcznie narysowane. Na przystawkę bierzemy zupę rybną i oraz islandzkie chipsy, czyli smażone wodorosty i smażoną skórę karmazyna. Tymi wodorostami w 2019 r. restauracja wygrała jakiś islandzki konkurs na potrawę regionalną. Do chipsów mamy podany dip jogurtowy (skyr) przyprawiony suszonymi wodorostami i specjalne słodkie, cynamonowe wino. Ciekawe smaki, całkiem udany eksperyment. Na fermentowanego rekina nie mamy odwagi 😉 Na danie główne bierzemy rybę z puree z batatów i różnymi innymi dodatkami. Porcja nie jest duża, ale bardzo artystycznie podana i w sumie wychodzimy najedzeni.

O 22 dojeżdżamy do noclegu i padamy. Nie przeszkadza mi nawet, że jest jeszcze zupełnie jasno.