Budzimy się przed 7, zbieramy i decydujemy, że szkoda nam czekać do 8 na śniadanie. Jemy na szybko coś ze swoich zapasów i ruszamy. Znowu świeci słońce, kompletnie wbrew prognozom. Rano miały być chmury, a od 13 deszcz przez kilka godzin. Jedziemy najpierw kilka km do wczorajszego miasteczka Grundafjordur, żeby zatankować i z punktu widokowego zrobić jeszcze zdjęcia góry Kirkufjell na tle niebieskiego nieba, którego wczoraj nam zabrakło.

W końcu ruszamy w drogę na Fiordy Zachodnie. Przed nami 370 km i 5 h w samochodzie do pierwszej atrakcji, łącznie dziś ponad 500 km. Parę godzin jedziemy w słońcu, niesamowite.


Droga asfaltowa kończy się po kilkudziesięciu kilometrach i dalej już jest różnie – ze 150 km dziś po drodze szutrowej. To najbardziej dziki kawałek Islandii.
Po drodze zatrzymujemy się w sklepie, potem na plaży robimy obiad – dziś danie meksykańskie liofilizowane – zaskakująco niezłe w smaku. Po szutrowej drodze samochód trochę nam się przybrudził 🙂




Stajemy też parę razy na szybką fotkę, np gapiących się na siebie owcy i łabędzia krzykliwego.

Pierwsza w planach była dziś plaża Raudisandur, potem klify Latrabjarg. Ze względu na prognozę pogody decydujemy się zamienić kolejność, bo na maskonurach zależy nam bardziej niż na plaży. Mamy trochę obawy, że na maskonury może być za wcześnie, bo w dzień zwykle żerują na wodzie, a na klify wracają wieczorem, ale liczymy na to, że jakiś będzie na diecie i zostanie na lądzie. Poza tym w pierwotnej wersji na klifach i tak mieliśmy być po południu, a nie wieczorem (choć późniejsza pora zawsze zwiększa szanse).
Na klif Latrabjarg dojeżdżamy koło 15. Słońca brak, ale deszczu też 🙂 I nawet nie wieje! Podchodzę do klifu i zamieram z wrażenia – 3 metry ode mnie siedzi maskonur!




Okazuje się to tutaj zupełną normą, więc teleobiektywem to mogę maskonurom trzaskać portrety 🙂 Albo zdjęcia do dowodu 😉 Są booooskie 🙂



Do tego mnóstwo mew i nurzyki, też całkiem blisko 🙂



Po prawie dwóch godzinach rozsądek każe nam jechać dalej 🙂 Na razie to była niekwestionowanie największa atrakcja wyjazdu. Marzyłam o zobaczeniu maskonurów i realizacja tego marzenia przeszła moje najśmielsze oczekiwania 🙂 Zupełnie jak z żółwiami rok temu w Grecji 🙂
Zjeżdżamy z klifu na dół i zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę na toaletę i szybkie zrobienie herbaty. Jest po 17, mamy jeszcze prawie 3 h jazdy do noclegu, więc decydujemy, że odpuszczamy plażę. Dojazd na nią wymaga odbicia z naszej drogi i jazdy 20 km szutrową, wąską i krętą drogą. W obie strony to ponad godzina. Są chmury, inne mijane plaże nie wyglądały spektakularnie, choć widać, że przy niebieskim niebie miałyby niezły potencjał. Mamy obawy, że nasza plaża, mimo czerwonego piasku też dziś nie będzie oszałamiająca.
Kierujemy się więc do Dynjandi – czwartego pod względem wysokości wodospadu na Islandii. Po drodze jeszcze szybkie zdjęcie wraku, a potem już coraz bardziej surowy krajobraz i coraz więcej… śniegu na zboczach gór.




W końcu docieramy. Wodospad Dynjandi znajduje się powyżej 5 innych wodospadów i wzdłuż wszystkich prowadzi ścieżka w górę. Wchodzimy oczywiście, robimy zdjęcia i wracamy. Pół godziny później, o 20:30 jesteśmy w hotelu w Pingeyri.


Dzisiejszy dzień był zupełnie inny niż wczorajszy. Dużo więcej jazdy, mniej konkretnych atrakcji. Islandia ma jednak to do siebie, że tu jazda samochodem wśród tych pięknych krajobrazów jest atrakcją samą w sobie. Zwłaszcza jak nie pada 🙂 Dziś zero deszczu. Wiadomo, Sadalscy na wakacjach 🙂



Gratuluję maskonurów! Prawie początek wyprawy i taki cel osiągnięty!!!!