Wstajemy po 6, bo dziś przed nami przejazd przez interior. Mamy w planach 260 km, ale większość bez asfaltu i sporo po górach. GPS pokazuje 6,5 h jazdy, więc tempo będzie dość wolne. 🙂
Jemy śniadanie i o 7 ruszamy. Po 10 km jazdy główną obwodnicą dookoła wyspy skręcamy w drogę F35. Mogą tu wjeżdżać tylko samochody z napędem na 4 koła. Wiemy, że mogą zdarzyć się przejazdy przez strumienie itp atrakcje. Łukasz jedzie pewnie, ja mam w sobie lekki niepokój. Oboje totalnie nie wiemy czego się spodziewać jeśli chodzi o krajobraz. Do pierwszego celu mamy 100 km.
Początek nie wróży zbyt wielu doznań estetycznych, bo wszędzie jest mgła.

Nieco zaskakują nas w tych okolicznościach przechodzące przez drogę… łabędzie krzykliwe. Całkiem ich tu sporo. Mijamy co prawda jakieś jeziorka po bokach, ale prawie zero roślin dookoła, łabędzie chodzą w oddaleniu od tych jezior. Zupełnie za to nie dziwią nas owce, są tu oczywiście, jak wszędzie. Czekają do ostatniej chwili aż do nich dojedziemy, a potem zrywają się do sprintu. Śmiesznie wygląda owca biegnąca sprintem 🙂

Po jakimś czasie mgła przechodzi, krajobraz dookoła dość surowy, ale droga przyzwoita, na razie żadnych niespodzianek. Łukasz pokonał ją o pół h szybciej niż przewidywał Google 🙂 Chwilami pada, cały czas są chmury, trochę się martwimy, że nie skorzystamy z interiorowych atrakcji.

W końcu przed 9 dojeżdżamy do pierwszego punktu w naszym planie – obszaru geotermalnego Hveravellir. Już z odległości 2 km widzimy unoszącą się parę. Zaskakuje nas pełny parking, nie wiedzieliśmy, że jest tu kemping z całą infrastrukturą. Jest sporo namiotów, większość osób jest na etapie zbierania się do odjazdu. Są chmury, ale nie pada.
Idziemy się przejść ścieżką pomiędzy fumarolami i bulgoczącymi sadzawkami. Pierwszy raz widzę coś takiego na żywo i robi to na mnie duże wrażenie. Po pierwsze dlatego, że wszystkie te fumarole i gejzerki są po prostu ciekawe – każdy inny, mają różne kształty i kolory, wydają różne dźwięki – jeden syczy, drugi bulgocze, trzeci nie wydaje żadnego dźwięku, tylko nagle wypluwa trochę wody, w kolejnym woda kipi jak w kociołku. Wszystkie mają swoje nazwy. Woda ma 80-100 stopni! Po drugie – te wszystkie zjawiska uświadamiają mi jaka potężna jest natura, ile tam się musi kotłować pod ziemią, że to wszystko się wydobywa na powierzchnię! Wszędzie oczywiście czuć siarkowy smrodek 🙂






Po spacerku przebieramy się i idziemy się wygrzać w basenie geotermalnym. Akurat w tej chwili lepiej, że pogoda taka sobie 🙂 Grzanie się w ciepłej wodzie kiedy na dworze piękne słońce nie ma już takiego uroku 🙂 Z jednej strony wpada woda o temperaturze 80-100 stopni – prosto ze źródła, z drugiej – zimna. Basenik jest nieduży, na kilka osób, ale są w nim prądy 🙂 Miejscami woda jest naprawdę baaardzo ciepła! Razem z nami kąpie się holenderska para z niemowlakiem, który zasypia w trakcie 🙂 Dla nas to też chwila zwolnienia i relaksu po intensywnych dniach, kiedy to – jak mówi Łukasz – nawet spać trzeba szybko 😉




Po kąpieli ubieramy się i idziemy jeszcze do schroniska na kawę i skyr cake.

Ruszamy dalej na południe. Na horyzoncie zaczyna prześwitywać jaśniejsze niebo. Krajobraz nadal surowy, w oddali lodowce, zaliczamy pierwszy przejazd przez strumień, ale bez stresu, woda sięga nam tylko do 1/4 opony. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na szybki lunch 😉


Po godzinie skręcamy z głównej (hehe) interiorowej drogi w lewo i kierujemy się do Kerlingarfjöll. To obszar geotermalny, który znajduje się w uroczych górach. Dojazd trochę wymagający, rzek co prawda nie ma, jakieś dwie kałuże i tyle, ale żwir, po którym jedziemy coraz grubszy i chwilami jest całkiem stromo. Jeśli mam po tej podróży jakieś mikrouszkodzenia mózgu od trzęsienia to pal licho, widok, który jest na końcu był tego wart. Naprawdę zatyka mnie z wrażenia. Zdjęcia oczywiście nie oddają tego piękna. I nie słychać syku fumaroli.







Nie idziemy całej trasy, można tam pewnie spędzić cały dzień. Ponieważ jednak zbliża się chmura, decydujemy się wracać. I tak jesteśmy zachwyceni tym, co zobaczyliśmy!
Ruszamy dalej. Najpierw wracamy do głównej drogi i potem dalej na południe. Zarówno pogoda, jak i krajobraz robią się dużo bardziej przyjazne.




Kiedy po jakimś czasie pojawia się asfalt wiemy, że jesteśmy niedaleko bardziej turystycznej części Islandii. Zatrzymujemy się przy wodospadzie Gullfoss – ogrom ludzi od razu mnie przytłacza. Wodospad szeroki i przewala się przez niego mnóstwo wody, ale nie robi na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, Dynjandi sprzed dwóch dni był ciekawszy. Wodospadami swego czasu nasyciłam się już w Norwegii, więc w tej kategorii niełatwo mnie zachwycić.

Jemy obiad w gullfossowym centrum i jedziemy dalej. Po 10 kilometrach jesteśmy przy kolejnym obszarze geotermalnym – najbardziej popularnym turystycznie. Idziemy obejrzeć gejzery. Dwa najbardziej popularne to Geysir (od dłuższego czasu uśpiony, rzadko wybucha) i Strokkur, który wystrzela wodą co kilka minut. Fascynująco to wygląda, najpierw bulgocze ostrzegawczo, potem w sekundę wyrasta turkusowy bąbel i wystrzela w górę – na różną wysokość, czasem na kilka metrów, czasem kilkanaście, czasem to pojedynczy wybuch, czasem dwa zaraz po sobie.





Oglądamy jeszcze pozostałe gejzery i jedziemy do miejsca noclegowego. Docieramy wcześnie, bo 18.40, więc idziemy jeszcze na spacer po okolicy. Samochód mamy taki brudny, że aż wstyd 😉




Nieziemsko piękne krajobrazy 🤗🤗🤗
Jestem, podziwiam, będę zaglądać i czytać❤️
Cudowne widoki i zdjęcia
Przepięknie !