Dziś pobudka o 7. Musimy dziś pilnować czasu, bo o 20.45 mamy prom, wszystko czasowo wyliczone ;). Prognozy deszczowe, ale nie zrażamy się. Jemy śniadanie i o 8 ruszamy po kolejne wrażenia. Po godzince jazdy jesteśmy na miejscu – przy wodospadzie Háifoss. To trzeci najwyższy wodospad na Islandii, ma 128 m. Do tego jest bardzo łatwo dostępny, z parkingu wystarczy przejść ze 100 m. Przez chwilę towarzyszą nam jacyś Anglicy, potem zostajemy sami. Obok jest jeszcze jeden wodospad – Granni, też bardzo ładny. Oba leżą w uroczym kanionie, nawet skały są tu kolorowo porośnięte. Zabawiliśmy tam trochę dłużej niż zakładałam, bo nas poniosło przy robieniu zdjęć, więc od rana mamy poślizg 😉






Z Háifoss jedziemy kolejną godzinę do wodospadu Sigoldufoss, częściowo już po szutrze. Wodospad jest niewysoki, ale bardzo ładnie wpada do turkusowego „jeziorka”.


4 km dalej znowu się zatrzymujemy. Tu ma być kanion Sigöldugljúfur. Na parkingu stoi kilka samochodów, nie ma żadnych znaków dokąd iść, ale widzimy, że ze ścieżki naprzeciwko parkingu idą jacyś ludzie, więc tam się kierujemy. Po kwadransie marszu, kiedy trudno nam sobie wyobrazić, że coś tu może być, bo dookoła raczej płasko i monotonnie, dochodzimy do końca skały i naszym oczom ukazuje się cudowny widok. Aż trudno uwierzyć, że to nie jest zbyt popularne turystycznie miejsce.



Wracamy do samochodu i ruszamy dalej drogą 208. Po kilku kilometrach zatrzymuje nas młoda dziewczyna ze służby Ochrony Przyrody i tłumaczy jak należy poruszać się po górskich drogach, dostajemy nawet kartkę z obrazkami 🙂 Zabawne.
Bez żadnych niespodzianek dojeżdżamy do jeziora kraterowego Ljótipollur. Chwila dość stromego podejścia i jesteśmy. To pierwsze dziś miejsce, gdzie nie ma słońca, a szkoda, bo ciemnoczerwone zbocza krateru muszą pięknie wyglądać w słońcu, a i woda na pewno ma wtedy inny kolor. No, ale i tak jest super, że nie pada.


Schodzimy na dół, jemy szybkie kanapki i jedziemy do miejsca, które teoretycznie jest dziś największą atrakcją – góry Landmannalaugar. Są podobne do wczorajszych Kerlingarfjöll, też takie tęczowe, ale bardziej popularne. Jest tu kilka szlaków trekkingowych, planujemy przejść jeden z nich.
Kiedy przyjeżdżamy, liczba samochodów na parkingu dość przytłacza. Rozpieściły nas te pierwsze dni na Islandii pod tym względem. No nic, zbieramy się i ruszamy. Nie pada, ale są chmury, więc ryzykujemy, że niewiele będzie widać. Szlak, którym planowaliśmy iść jest niestety zamknięty, musimy iść krótszym, z którego można odbić kawałek w górę na szczyt Brennisteinsalda.
Już samo dojście do początku szlaku jest urocze. Czerwone błotko bulgocze wesoło wśród witnącej na biało wełnianki 🙂




Widoki bardzo ładne, ale nie aż tak zachwycające jak wczoraj. Częściowo jest tak z powodu pogody (wiele widoczków za mgiełką, niektóre szczyty zupełnie w chmurach), a trochę też dlatego, że tu te tęczowe góry są przeplatane z „normalnymi”, wczoraj cały widok był taki kolorowy. Tu najładniejszy jest szczyt Brennisteinsalda – żółto – czerwone zbocze, z którego dodatkowo dymią fumarole, miejscami zbocze jest żółte od siarki.





Ja poprzestaję na tej mniejszej pętli, która i tak zajmuje mi 2 h (idę wolniej niż Łukasz i jeszcze robię sporo zdjęć), Łukasz w 2/3 odłącza się, żeby wejść na Brennisteinsaldę. Ja nie decyduję się, bo Łukasz już tam był kilka lat temu i wie, że podejście jest ostre i po dość sypkim podłożu, a poza tym wygląda na to, że przez chmury widoku z góry nie będzie żadnego – więc i motywacja średnia. No i faktycznie tak jest. Ja w tym czasie gimnastykuję się skacząc pomiędzy albo po bryłach lawy, żeby zejść na dół. Łukasz jest na dole tylko 10 minut po mnie. Fajna to była wycieczka mimo wszystko, a to po lawie, a to po śniegu, a to doliną wzdłuż strumienia.





Skały albo kolorowe, albo czarne i metaliczne.


Ponieważ szliśmy krótszą trasą, to ruszamy dalej prawie 2 h wcześniej niż zakładaliśmy. Jest 15:20, a my mamy za sobą wszystkie zaplanowane (hehe, bo nie wszystkie!) atrakcje i ruszamy w stronę promu, do którego mamy wg Google Maps 2h45min jazdy. Odkąd przed drugim wodospadem wjechaliśmy na górską, szutrową drogę, tak cały czas takimi jeździmy. Swoją drogą są naprawdę bardzo dobrze utrzymane, oczywiście jazda po żwirze jest odczuwalna, ale jakieś dziury czy większe wyboje zdarzają się bardzo rzadko. Widoczki z drogi krajowej 🙂 Czasem jest dość kosmicznie, kiedy wszystko dookoła pokrywa czarny pył wulkaniczny.








Tu między górami widać jęzor lawy.

Tak sobie jedziemy, podziwiamy krajobrazy i dojeżdżamy do pierwszej przeprawy przez rzekę. Nie widać jakiej jest głębokości, do pokonania kilka metrów, więc powoli przejeżdżamy, nie ma wyjścia. Udaje się bez kłopotów. Za jakiś czas spotykamy większą kałużę, podobnej wielkości jak poprzedni przejazd przez rzekę, przejeżdżamy.

Kiedy dojeżdżamy do kolejnej przeszkody zaczynam się stresować. Tu przeprawa przez rzekę ma ze 25 metrów, głębokości nie widać, a po obu stronach rzeki stoją samochody, ludzie wysiedli i próbują jakoś ocenić sytuację, nikt się nie kwapi, żeby ruszyć pierwszy. Nasza Dacia Duster jest tu jednym z mniejszych samochodów, co nie napawa optymizmem.

W końcu przyjeżdża jakiś większy jeep i rusza. Wszyscy patrzymy w napięciu dokąd będzie miał wodę. 3/4 przejazdu woda nie jest jakaś bardzo głęboka, ale ostatnie kilka metrów samochód zanurza się głębiej. Przejeżdża, ale jest wyższy niż nasz, więc patrzymy co będzie dalej. Powoli ruszają inne samochody z naszej strony, wszystkie jadą dokładnie tak samo, zanurzając się mocniej pod koniec. Nikt nie próbuje pojechać obok (przejazd jest szeroki, tylko nie widać gdzie jaka głębokość), a mnie ta głębokość pod koniec stresuje, może gdzieś w innym miejscu byłoby płycej. W końcu z naprzeciwka rusza autobus. Liczymy na to, że kierowca wycieczek turystycznych zna teren i będzie wiedział gdzie najlepiej przejechać. Faktycznie, wybiera nieco inne miejsce i zanurza się mniej. Po nim przejeżdża jeszcze jeden gość z naszej strony (wcześniej ustawiając drona nad przeprawą, żeby nagrał jak przejeżdża 🙂 ) i w końcu my też ruszamy. Udaje się przejechać trasą jak autobus 🙂 Ufff 🙂
Kawałek dalej trafiamy znowu na rzeczkę, ale nie wygląda już tak groźnie, po bokach nawet da się przejść po kamieniach, więc wysiadam i nagrywam jak Łukasz przejeżdża 🙂

Jako atrakcja dodatkowa przychodzi sms: „Z Obrony Cywilnej: Jesteś blisko aktywnego wulkanu Hekla, który może wybuchnąć bez ostrzeżenia. Bądź ostrożny. Więcej informacji: https://www.almannavarnir.is/hekla/”. UPS. Czytam o tej Hekli – od 1960 wybuchał co 10 lat, teraz od 2000 roku cisza, więc spodziewany jest wybuch w każdej chwili. Co nie przeszkadza ludziom chodzić na trekking po tym wulkanie…
Jedziemy jeszcze trochę szutrem i w końcu docieramy do asfaltu. Google Maps pokazuje, że w porcie będziemy przed 18. Bilety na prom mamy na 20:45. Sprawdzam, że o 18:15 jest wcześniejszy prom, więc mamy szansę na niego zdążyć, o ile będą miejsca. Jedziemy, Łukasza korci, żeby pojechać na myjnię, bo naprawdę już wstyd (a myjnie darmowe), przy okazji zatankować (choć samochód pokazuje, że do końca baku 260 km, a do promu 30 km, więc mamy luz), ale rezygnujemy, bo to wyklucza załapanie się na wcześniejszy prom. Kiedy jesteśmy 10 km od promu, nasza Dacia robi nas w jajo i pokazuje nagle, że do końca baku 60 km. A po chwili już 50. No nic, 50 to nadal luz, bo do promu już tylko 3, a na wyspie stacja benzynowa jest blisko. Przyjeżdżamy do portu, w oddali widać już wyspy Vestmanna, samochody stoją już ustawione w kolejkę do wjazdu. Zatrzymujemy się na parkingu i pędzę do kasy zapytać czy możemy zmienić rezerwację z 20.45 na 18:15. Pani mówi, że tak, tylko musimy zapłacić 500 koron. Wracam więc biegiem do samochodu po kasę, Łukasz informuje mnie, że ups, samochód pokazuje… 0 km. Wracam zestresowana do kasy, płacę, Łukasz w tym czasie ustawia się już w kolejce samochodów i oboje modlimy się, żebyśmy jeszcze wjechali na prom i dali radę z niego wyjechać. Żeby nie było za mało atrakcji, znowu pikuje na mnie rybitwa, ledwo zdążyłam wsiąść do samochodu. Taki atak rybitwy to nie żarty, jest nieduża, a potrafi nieźle poranić. Wjeżdżamy na prom i spędzamy 40 minut w stresie czy nasz samochodzik odpali jeszcze czy już nie. Stoimy jako czwarty samochód w naszym rzędzie, więc trochę byśmy przyblokowali innych z wyjazdem. Tymczasem z pokładu promu widzimy już wyspy.



Dobijamy do wyspy, Łukasz przekręca kluczyk dopiero jak samochody w naszym rzędzie zaczynają ruszać, żeby nie stać i nie spalać tych oparów benzyny bez sensu. Odpala! Teraz jeszcze 550 m do stacji. Na tym krótkim kawałku aż 3 razy musimy się zatrzymać – raz bo mamy czerwone światło, drugi raz – bo samochód przed nami skręca w lewo, trzeci – bo przez pasy przechodzi jakaś większa grupa ludzi. W końcu wjeżdżamy na stację, co za ulga!! 🙂
Jedziemy do Lava Guesthouse i korzystając z tego, że jesteśmy tu 2,5 h wcześniej niż planowaliśmy – jedziemy jeszcze na koniec wyspy obejrzeć miejsca obserwacji maskonurów. Klify na tej wyspie to największe skupisko maskonurów w Europie, większe niż na klifie Látrabjarg. W jednym miejscu jest czatownia do obserwacji z widokiem na zbocze z norami maskonurów – widać jak przylatują i wchodzą do norek. Nie są zbyt blisko, ale super to widok, zupełnie inna perspektywa niż kilka dni temu.

Drugi punkt widokowy rokuje na bliższe spotkania z cudakami, ale ponieważ zaczyna padać, to wracamy, jutro będziemy próbować. Na szczęście nasze spotkanie z maskonurami kilka dni temu sprawia, że nie mamy teraz wielkiego parcia i jeśli się nie uda znowu zobaczyć ich z bliska, to nie będzie nam żal.
Wracamy, parkujemy i kiedy już odchodzimy od samochodu, jakiś facet coś do nas woła. Okazuje się, że w Islandii nie można parkować wzdłuż pasa jezdni stojąc odwrotnie do kierunku jazdy tym pasem. Musimy obrócić samochód, żeby nie dostać mandatu.
Jutro dzień slow na wyspie Heimaey – jedynej zamieszkałej wyspie w archipelagu wysp Vestmanna. Pora trochę odpocząć po tych szalonych dniach. I po popołudniowych, nieplanowanych atrakcjach. Prognoza jak zwykle się nie sprawdziła 😉