Wyspa Vestmanna

Dziś zwalniamy. Nie nastawiamy budzika, ale i tak budzimy się o 7:30. Zbieramy się powoli, o 9 idziemy na śniadanie do lokalnej piekarni. Po śniadaniu chwilę snujemy się po porcie, chociaż kropi. Podziwiamy m.in. artystyczne drogowskazy i kosze na śmieci 🙂

Przy porcie jest Beluga Whale Sanctuary and Puffin Rescue Center – wchodzimy. W maskonurzym szpitaliku jest kilku pacjentów, widzimy przez szybę jak sprawnie pływają pod wodą. Maskonury są niesamowite. Opiekun próbuje je karmić, ale nie wszystkie mają apetyt. Jeden w izolatce grzeje się pod lampą. Oprócz maskonurów są tu dwie białuchy arktyczne (walenie). Spooore 🙂

Ja dziś nie jestem w formie, nie mam siły, więc wracamy do pokoju odpocząć. Przy okazji uzupełniam wczorajszy dzień na blogu. Przestaje padać, więc idziemy na zakupy, a potem spacerkiem idziemy najpierw przez pole lawowe, a potem wchodzimy na wulkan Eldfell. Wulkan powstał w 1973 r., po prostu nagle nastąpił wybuch, który zaskoczył wszystkich mieszkańców. Udało im się uciec z wyspy dzięki temu, że z powodu brzydkiej pogody rybacy nie wypłynęli na ryby i łódkami ewakuowano całą ludność. Lawa lała się przez kilka miesięcy, zalała domy, a powierzchnia wyspy powiększyła się o 20%. Po kilku miesiącach ludzie wrócili. Niektórzy stracili wszystko, inni odkopali spod popiołu swoje domy. Na polu lawowym są tabliczki z info o domach konkretnych rodzin, które znajdują się np. 16 metrów pod lawą.

Widoki z podejścia bardzo ładne. Widać miasteczko, klify na końcu wyspy, okoliczne wysepki i sąsiedni (nieaktywny) wulkan Helgafell. Z jednej strony tylko widok psuje wysypisko śmieci.

Na samym szczycie jest czerwono, a z dziur w skałach czuć konkretne ciepło! I super widoczki.

Schodzimy, chwile odpoczywamy w pokoju i idziemy do knajpki obok na obiadokolację. Znowu trafiamy na polskiego kelnera 🙂 Kolacja pyszna, a kiedy wychodzimy z knajpki jest już niezła pogoda. Specjalnie na maskonurowy wieczór na klifach 🙂

Jedziemy na południe wyspy, idziemy ścieżką dookoła latarni morskiej. Maskonury latają, ale siadają poniżej nas, nie widać ich z bliska. Za to udaje nam się zobaczyć jednego z paczką rybek w dziobie! Widziałam takie zdjęcia w internecie i marzyło mi się zrobienie takiej fotki 🙂 W czatowni, w której byliśmy wczoraj wisi info, żeby wysyłać zdjęcia z rybkami w dziobie na podany adres wraz z opisem, bo prowadzą badania nad dietą maskonurów. Trzeba będzie wysłać 🙂

Robimy jeszcze zdjęcia nurzykom, ostrygojadom, jakiemuś ptasiemu bejbikowi (nie rozpoznaję co to za puchata kulka) i wracamy do miasteczka.

Łukasz próbuje jeszcze umyć samochód, ale z obu myjek cieknie woda, więc jedyne co osiąga to mokra kurtka, buty i ubawiona żona 😉

Oglądamy jeszcze zdjęcia i idziemy spać, bo jutro pobudka raniutko. Koniec laby 😉