Południowe wodospady i lodowce

Wstajemy o 6, zbieramy się i o 6:25 wychodzimy. O 7 odpływamy promem z wysp Vestmanna. Na promie jemy szybkie śniadanie i o 7:40 jesteśmy z powrotem na lądzie. Ruszamy dalej na wschód główną drogą nr 1. Po prawej stronie mamy płaski krajobraz, po lewej – lodowce. Pogoda piękna, najładniejsza jak na razie. Świeci słońce i jest 16 stopni. W bluzie jest za gorąco.

Pierwszym punktem miał być kanion Stakkholtsgjá, ale doczytaliśmy, że trzeba do niego dojechać drogą, której nie uwzględniają ubezpieczenia samochodowe – ze względu na konieczne przeprawy przez rzeki. Mam jeszcze w pamięci stres sprzed 2 dni, więc odpuszczamy. Tym samym już na początku dnia jesteśmy 3 h do przodu i mamy pełny luz. Możemy sobie więc spełniać różne kaprysy np robić zdjęcia przy drodze krów i ptaków 🙂 Identyfikujemy kulika mniejszego. I ostrygojada oczywiście, ale to już żadna nowość.

Pierwszym punktem jest dziś stary, opuszczony odkryty basen w górach, Seljavallalaug. Naprawdę jest dość surrealistyczny, taki basen, pośrodku totalnie niczego. Woda ciepława, oczywiście z gorącego źródła. Łukasz korzysta. Oprócz nas nie ma nikogo. Spacerek do i z basenu też bardzo miły.

Wracamy do samochodu i ruszamy dalej, do wodospadu Skogafoss. To baaardzo turystyczne miejsce, oczywiście z kempingiem, na parkingu mnóstwo samochodów. Podchodzimy pod sam wodospad, ubrani w przeciwdeszczowe ubranka, bo leci na nas wodna mgiełka, w której odbijają się promienie słoneczne tworząc tęczę. Wodospad bez zachwytu, taki zwykły 😉

Zupełnie inne wrażenie robi na nas drugi, oddalony o 1,5 km Kvernufoss. Dodatkowo, kiedy dochodzimy do niego z parkingu widzimy jak chłopak z pary, która szła cały czas koło nas nagle na wielkim kamieniu klęka przed dziewczyną z pierścionkiem 🙂 A jeszcze jeden gość, który szedł cały czas oddzielnie, też gdzieś niedaleko nas, okazuje się być umówionym fotografem i robi im sesję 🙂 Full romantic 🙂 Kvernufoss jest świetny, bo ogląda się go też od tyłu!

Pogoda cały czas cudowna, czasu w nadmiarze, więc spontanicznie decydujemy się zjechać w bok, kiedy widzimy blisko jęzor lodowca Sólheimajökull. Na wycieczkę pieszą po lodowcu się nie wybieramy, mamy już za sobą takie doświadczenia, idziemy więc tylko w celach widokowych. Lodowiec brudny od wulkanicznego pyłu.

Ruszamy dalej i dojeżdżamy do Vik. To nieduże miasteczko, ale ze sporym zapleczem turystycznym, więc pijemy tu kawę z ciachem, robimy zakupy, a Łukasz w końcu myje samochód 🙂 Jutro będziemy tu niedaleko nocować. Dziś jedziemy dalej, jutro będziemy tędy wracać i część atrakcji mamy zobaczyć dziś, a część jutro. Dochodzimy do wniosku, że trzeba wykorzystać pogodę, bo nie wiadomo jak będzie jutro/pojutrze i na plażę Reynisfjara pojechać dzisiaj. Tak też robimy. Plaża sama w sobie nie jest jakaś niesamowita, główną atrakcją są tu bazaltowe skały-kolumny. Aż trudno uwierzyć, że natura mogła stworzyć coś takiego.

Wracamy z plaży i jedziemy dalej na wschód. Na chwilę zatrzymujemy się zrobić zdjęcia pola lawy porośniętej mchem.

Dojeżdżamy do kanionu Fjaðrárgljúfur. Robi wrażenie 🙂 Jest zupełnie inny niż ten, który widzieliśmy przedwczoraj.

Po wycieczce w kanionie robimy kanapki i jedziemy dalej. W planach mamy już ostatni punkt dzisiejszego dnia – lagunę lodowcową Fjallsárlón. Pogoda się pogarsza, po drodze leje, przez chwilę jest tęcza, a kiedy dojeżdżamy do celu zaczyna się przejaśniać 🙂 Jakżeby inaczej 😉 Po jeziorku pływają kawały niebieskawego lodu, oderwane od lodowca.

Ponieważ pogoda robi się znów coraz lepsza, decydujemy się stanąć jeszcze na chwilę przy większej, dużo bardziej popularnej lagunie lodowcowej Jökulsárlón, którą mamy w planie jutro. Znajduje się ona przy głównej drodze, więc nie wymaga dodatkowej jazdy. Robimy tylko kilka zdjęć na wypadek jutrzejszego deszczu. Obok jest też Diamentowa Plaża, na którą fale wyrzucają kawałki lodu, które wpadają do oceanu z lodowca.

Jeszcze godzinka podróży i w pełni usatysfakcjonowani o 20.40 dojeżdżamy do noclegu.