Kiedy budzimy się o 7 i odsłaniamy zasłonki, naszym oczom ukazuje się taki widok:

Drugi dzień z kolei wita nas niebieściutkie niebo!! Niesamowite! Jemy śniadanie, zbieramy się i ruszamy na Półwysep Stokksnes. Miłe widoczki gór, w oddali lodowiec, czarne, trawiaste wydmy. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, bo przechodzą bardzo niskie chmury.













Półwysep Stokksnes to najbardziej wysunięty na wschód punkt, który mamy w planie. Od tej pory zaczynamy powoli wracać w stronę Rejkiawiku i lotniska. Po drodze oczywiście postoje na fotki.


Dojeżdżamy do laguny lodowcowej Jökulsárlón, przy której byliśmy wczoraj. Pogoda niestety coraz gorsza, dużo chmur. Dziś między kawałami lodu pływają foki.






A na Diamentowej Plaży obok, wrak statku, który wczoraj fotografowaliśmy zmienia właśnie miejsce…



Ruszamy dalej na zachód. Na chwilę zatrzymujemy się w Hof, żeby zobaczyć mini-kościółek.


Kolejnym punktem miał być wodospad Sverifoss – ten akurat jest bardzo atrakcyjny, na tle bazaltowych kolumn. Podjeżdżamy nawet na parking, ale czuję, że mam już kryzys 🙂 Wycieczka na jakieś 2 godziny, pogoda mocno niepewna. Łukasz już tam był 3 lata temu, więc nie nalega, a ja czuję, że muszę zadbać o siebie i odpuścić, choć nie bez żalu. Jemy więc tylko obiad i ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Vik, gdzie idziemy na plażę. Plaża jest oczywiście z czarnego, wulkanicznego piasku, a na jej końcu ułożony jest wielki falochron z ogromnych kamieni, po którym można chodzić.


Idziemy tam, bo widzimy, że kłębią się tam rybitwy popielate. Kiedy podchodzimy bliżej widzimy też maskonury. Ptaki nurkują po rybki, ale mają zupełnie odmienne techniki. Rybitwy latają nerwowo, nagle zawisają w powietrzu, po czym pikują w dół (skąd ja to znam!?), wpadają do wody z dużą prędkością i po sekundzie wynurzają się z powrotem z łupem w dziobie (albo bez).









Maskonury dla odmiany pływają sobie spokojnie po wodzie, nagle siup! i widać tylko znikający kuper i machające śmiesznie pomarańczowe nóżki. Długo ich nie widać, aż po np minucie wynurzają się z rybą w dziobie.





Po plaży idziemy jeszcze do kawiarni i robimy zdjęcia kościoła na zboczu.


Jedziemy jeszcze 10 km do noclegu, a potem na krótką wycieczkę na klif Dyrholaey, gdzie są maskonury. Chmury jednak wykluczają jakiekolwiek obserwacje i widoki. Jest dopiero 19, więc stwierdzamy, że może dziś jeszcze przyjedziemy jeśli pogoda się poprawi. Nie poprawia się i całe szczęście, bo nigdzie nam się już nie chce iść 🙂
Dzisiejsze ptaki to droździk i stadko bernikli białolicych.


