Planowałam to kilka miesięcy. Czytałam, szukałam, rezerwowałam. I w końcu lecimy! Niewyspani po krótkiej nocy, bo pakowaliśmy się do późna.
Pakowanie miało być wyzwaniem, bo postanowiliśmy na 10 dni lecieć tylko z małymi podręcznymi plecaczkami plus jedna kabinowa walizka (jedna na wszystkich, nie na każdego). Tak się postaraliśmy, że o 23 mieliśmy 4 pełne plecaczki, a w walizce 1 parę butów, 1 małą kosmetyczkę i tyle. Kto by pomyślał 🙂 Dopakowaliśmy więc kosmetyki, które planowaliśmy kupić już na miejscu, jakieś dodatkowe ubrania i walizka się w miarę wypełniła. Możemy ruszać!
O 7 podjeżdża po nas niezastąpiona Ewcia, zawozi na lotnisko i robi pierwsze zdjęcie.

Lot opóźniony o godzinę, więc znudzeni na maksa siedzimy na lotnisku. Po 2 h lotu wysiadamy w Mediolanie, sprawnie przemieszczany się jednym pociągiem do Gallarate (15 min), a drugim do Arony (25 min). Lot do Marakeszu mamy dopiero o 5 rano, więc trzeba jakoś zagospodarować ten czas.
Arona to małe miasteczko nad jeziorem Maggiore. Siadamy wypić cos zimnego, spacerujemy promenadą wzdłuż jeziora, snujemy się po miasteczku i w końcu zalegamy na brzegu na trawie.






Wieczorkiem jemy jeszcze w Aronie włoską kolację i dwoma pociągami wracamy na lotnisko. Przed nami teraz koczowanie do 5 rano, oby udało nam się gdzieś pospać. Rodzinie udało się trochę odespać w samolocie i nad jeziorem, ja na chodzie po 4 h snu zaczynam czuć zmęczenie.
Na lotnisku próbujemy znaleźć jakieś miejsce, ale albo jest głośno, albo bardzo jasno, albo zimno… Ciężka noc przed nami…