Park Narodowy Souss-Massa

Jak dobrze przespać porządnie całą noc w wygodnym łóżku! I to przy szumie oceanu! Zostawiamy na noc otwarte drzwi, żeby było dobrze słychać 🙂 Pokój wychodzi na plażę, więc doskonale wszystko słychać, fale całkiem porządne!

Budzę się przed 8 i idę na chwilę nad wodę. Jest szaro, mgliście, 19 C. Tylko ja i lekko wzburzony ocean.

Pakujemy się i o 9 idziemy na śniadanie. Dostajemy zestaw różnych placków z różnymi dodatkami, pyszny świeży sok pomarańczowy, omleta z jajek i kawę.

Po śniadaniu ruszamy w drogę. Dziś w planach marokańska wersja Biebrzańskiego Parku Narodowego czyli Park Narodowy Souss-Massa (to nazwy 2 rzek, między którymi jest ulokowany).

Po godzinie jesteśmy na miejscu, czyli przy południowym wejściu do parku, niedaleko wioski Sidi R’bat. Od razu podchodzi do nas lokalny przewodnik i proponuje swoje usługi. Jesteśmy jedynymi osobami na parkingu, on jest jedynym przewodnikiem 🙂 Swoją miłość do Biebrzy zawdzięczam przewodniczce Kasi, więc wiem doskonale jaką wartość wnosi taki przewodnik. Decydujemy się więc bez wahania i po chwili ruszamy na pieszą wędrówkę z Hasanem. Raczej nie jest przyrodnikiem z wykształcenia, ale całkiem nieźle rozpoznaje lokalne gatunki i wie gdzie ich szukać, niczego nam więcej nie trzeba.

Najpierw idziemy wzdłuż rzeki Massa. W zasadzie trudno powiedzieć, że to rzeka, bo od 2 lat wody jest tak mało, że ujście Massy do oceanu zasypał piasek naniesiony przez sztormy i wiatry. Powstała wydma jest tak wysoka, że nawet gdyby poziom wody w rzece podniósł się do wcześniejszego poziomu, to nie przeleje się do oceanu, tylko zaleje pobliską wioskę (w której mieszka nasz Hasan). W wodzie uwięzione zostały gatunki morskie, które wpłynęły tu z oceanu i którym została odcięta droga powrotna, np krab błękitny.

Idąc wzdłuż rzeki spotykamy dużo różnych ptaków: warzęchy, flamingi, czaple białe i siwe, bilbile ogrodowe, szczudłaki, sieweczki obrożne, brodźce piskliwe, bekasy, rybołowy, pokląskwy, dzierlatki iberyjskie, ibisy kasztanowate, góropatwy berberyjskie i inne, których nie pamiętam. Zidentyfikowanie ich nie jest proste, bo Hasan oczywiście nie zna polskich nazw (znał czaplę!!), mówi głównie po francusku (miałam 6 h konwersacji w cenie ;)), ma książeczkę z nazwami i zdjęciami ptaków, ale dla odmiany po niemiecku 🙂 Posiłkuję się translatorem w telefonie i apką do rozpoznawania ptasich głosów, trochę kojarzę znad Biebrzy i jakoś idzie 🙂

Okoliczności przyrody bardzo ładne, cudny spacer. Hasan pokazuje nam też różne rośliny – np eukaliptus, mimozę czy akację.

Hasan bardzo chce, żeby nam się podobało, z własnej inicjatywy robi nam zdjęcia naszym telefonem 🙂

Dochodzimy do oceanu, wspinamy się na wydmę, a potem wracamy do samochodu górną ścieżką wzdłuż rzeki. Hasan próbuje dla nas znaleźć skorpiona, zagląda pod wszystkie większe kamienie, ale jest tylko jeden centymetrowy baby-skorpion. Za to jest kilka różnych gekonów 🙂

Dochodzimy do samochodu po 2 h usatysfakcjonowani, a przed nami jeszcze 2 części wycieczki!

Najpierw razem z Hasanem jedziemy w okolice wioski Sidi R’bat. Jedziemy przez jakieś pustkowia o charakterze stepowym, po piachu, choć na szczęście jest dość twardo i w miarę równo. Naszym głównym celem jest spotkanie ibisa grzywiastego, ale po drodze spotykamy berberyjkę marokańską (takie wiewiórkowate stworzonko), dudka i ładne widoki. Ibisy też są! No nie są szczególnie urodziwe, takie łyse z grzywką 🙂 Ten gatunek jest zagrożony wyginięciem, dlatego w tym parku podejmuje się działania, aby zwiększyć liczebność. Jest ich tu obecnie około 1000 (przyrost z 600 przez 6 lat!), kilkaset sztuk jest też w Turcji i to wszystko, nie ma ich nigdzie indziej.

Na sam koniec spotykamy kulony, co bardzo cieszy Hasana, bo to podobno niełatwe (wiodą nocny tryb życia) i mamy szczęście. Po około 40 minutach ruszamy na północny kraniec parku. Znowu jakieś bezdroża albo totalne wioski. Hasan pokazuje nam po drodze drzewa arganowe, opowiada o produkcji olejku z owoców.

W końcu docieramy na miejsce. Wchodzimy na chwilę do siedziby parku, Hasan przybiega bardzo zadowolony, bo właśnie znalazł kameleona i przyniósł nam pokazać. Każdemu po kolei przyczepia go do koszulki, kameleon od razu zaczyna iść do góry, aaaaaaaa. Tylko Łukasz bierze go do ręki i w końcu wypuszczamy go na drzewo.

W jakimś stawie Hasan pokazuje nam jeszcze żółwia i ruszamy samochodem na ostatnią część wycieczki czyli safari. Co trochę wysiadamy, żeby podejść bliżej. Spotykamy adaksy pustynne, gazele dorkas, strusie północnoafrykańskie i kilka dzików. Adaksy kompletnie się nie boją!

Hasan cały czas stara się, żebyśmy byli zadowoleni i cieszy się z mojej radości. Zagania nas do zdjęć, zbiera nam strusie pióra, poklepuje mnie po plecach: „ Everybody is happy, it’s gooooood!” 🙂

Wycieczka, w sumie trwająca 6 h przekracza moje wszelkie oczekiwania! Na koniec odwozimy Hasana do Agadiru, skąd ma złapać taxi z powrotem do Massy. Służymy namiarem gdyby ktoś chciał skorzystać z usług przewodnika po parku Souss Massa!

Zmęczeni, zatrzymujemy się na obrzeżach Agadiru na obiadokolację i zakupy i po 20 docieramy do noclegu. Kąpiemy się, robimy małe pranko i padamy. Tzn rodzina pada, ja piszę bloga 🙂 Jest 0:30, za oknem szumi mi znowu ocean. Mamy dziś domek na kempingu, każdy ma swoją mini-sypialenkę, taki dziś luksus!!