Budzimy się o 9 i idziemy do sklepu. Kupujemy bagietkę, jogurty i… karmę dla kociaków, które plączą się koło naszego domku. Zjadają zachłannie.
Młodzież chwilę rozważa czy chcą iść do aquaparku (mamy w cenie noclegu), ale Wojtka boli gardło, a Karolina ogląda zdjęcia i uznaje, że ten aquapark nie jest szczególnie atrakcyjny i może odpuścić. O 10:30 ruszamy więc na północ. Na chwilę zatrzymujemy się w bardzo kolorowym Aghroud na krótki spacer.







Kolejnym punktem miały być wydmy Timlalin, ale Hasan wczoraj powiedział nam, że skoro wybieramy się na pustynię, to zamiast na wydmy lepiej pojechać do Imsouane – surferskiego miasteczka. Tak też robimy. Koło wydm przejeżdżamy i faktycznie nie robią specjalnego wrażenia.
W Imsouane zaczynamy od kawy i słodkich wypieków. Potem idziemy nad ocean, klimacik iście surferski.











Na koniec Wojtek dokarmia kolejnego kociaka 🙂 Zaraz po wyjeździe z Imsouane spotykamy wielkie stado kóz. A potem kolejne. Następne kozy stoją na drzewie 🙂 Nie bardzo było gdzie stanąć, żeby zrobić zdjęcie, ale były! Całkiem wysoko! Kozy uwielbiają owoce z drzewa arganowego i czasem wchodzą po nie 🙂 Prześmiesznie to wygląda!

Przed 16 dojeżdżamy do Essaouiry. Mamy dziś nocleg w medynie, czyli na arabskiej starówce. Nie ma tam wjazdu samochodem, więc zostawiamy samochód poza murami i do hoteliku idziemy pieszo. Trochę błądzimy w uliczkach, w końcu udaje nam się znaleźć nocleg i po dłuższej chwili doczekać na pana w recepcji. Pierwszy raz śpimy w riadzie. Na środku jest wolna przez wszystkie poziomy przestrzeń, a dookoła niej pokoje. W pokojach okna nie wychodzą na ulicę tylko na ten środek. Na dachu jest taras.



Zostawiamy rzeczy i idziemy eksplorować miasto. Na pierwszy ogień idzie port i jest to mocne doswiadczenie. Legendarne niebieskie łódki prezentują się nieźle, ale cała reszta jest mocno odrażająca. Byliśmy już w rybackich portach i na targach rybnych, ale tu bród i smród są okropne. Wszędzie walają się gnijące resztki ryb – łby, flaki itp, o które walczą mewy, w tym wszystkim rybacy sprzedają swoje ryby, mało zachęcające do zakupu to okoliczności.






Dość szybko się stamtąd zmywamy i idziemy pochodzić po medynie. Pijemy świeży sok z granatów i jemy owoce opuncji. Sklepiki i stoiska robią lepsze wrażenie, choć co jakiś czas natykamy się też na mniej urocze oblicze Maroka. W Maroku wszędzie jest mnóstwo śmieci i dużo starych, rozwalających się albo niedokończonych budynków. No i wszechobecne koty 🙂 Śpią czasem po prostu na środku chodnika, na produktach sklepowych, na krzesłach w restauracji.
Karolina okazuje się niespodziewanie twardą negocjatorką i kupuje 2 bransoletki za 120, przy cenie wyjściowej 140 za jedną 🙂 Wojtek też ma za sobą pierwszy sukces w targowaniu się, choć nie aż tak spektakularny 😉














Na zachód słońca idziemy na skały nad oceanem, widok miły, choć troche nudny na bezchmurnym niebie no i ten zapach ryb i moczu dookoła nieco przeszkadza w odbiorze.


Po zachodzie idziemy na marokańską kolację. Trafia nam się zabawny kelner, więc wracamy do riadu ubawieni. To nasz ostatni nocleg na wybrzeżu, jutro ruszamy wgłąb kraju, w stronę gór Atlas.